Jaki cel chcesz osiągnąć? A kiedy zdradzę Ci regułę „TYLKO JEDEN” spróbujesz i zawalczysz?

Kiedy miałam naście lat, bardzo chciałam nauczyć się szybkiego czytania. Pamiętam to, jak dziś – w telewizji jakiś minister opowiadał, że dzięki takiemu szkoleniu potrafi przeczytać stos ustaw w jeden wieczór. Zaimponował mi wtedy, nie powiem. Dziś, kiedy już o polityce wiem nieco więcej, choć nie wnikam – może i on to faktycznie przeczytał – bardziej starannie przesiewam informacje. Nie mniej jednak, kurs szybkiego czytania to brzmiało rewelacyjnie. Zwłaszcza, że książki pochłaniałam masowo. Dostęp do internetu był bardzo okrojony, pamiętam jeszcze łączenie się przez telefon i pamiętne, głośne „Pi, pi pi pi, pi” oraz zakrywani tego poduszką, żeby rodziców nie obudzić w nocy. Wiesz dlaczego zrezygnowałam? Nie, nie dlatego, że nie potrafiłam znaleźć kursu, bo ja go znalazłam. Przeraził mnie ogrom nauki i czas – cały kurs miał trwać aż 3 lata. Wtedy to był dla mnie kosmos – po pierwsze stwierdziłam, że nie mam dziennie tyle czasu, a po drugie – za długo trzeba czekać na efekty. Cóż, gdybym go wtedy zrobiła, przynajmniej 20 lat czytałabym już naprawdę szybko. Dziś, kiedy dosłownie wiem, co to znaczy nie mieć czasu i nie mam pojęcia, co mi ten czas zabierało kiedyś, potrafię zrealizować swój plan. Rozłożony na dłuższy okres czasu, oczywiście. Ale wykonuję zadanie w tzw. niedoczasie, pewnie każdy z Was go ma i doskonale zna. Pomogła mi w tym reguła „TYLKO JEDEN” – bo jest absolutnie genialna!

Dlaczego mi nie wyszło?

To pytanie zadawałam sobie często. Właściwie nie ma w nim nic złego, dobrze jest analizować to, co się nie udało i wyciągać odpowiednie wnioski, a następnie wdrażać je przy kolejnych wyzwaniach. Tak to wręcz powinno wyglądać. Moja ostatnia taka duża porażka wydarzyła się w 2016 roku. Ale też nauczyła mnie najwięcej. Kiedy zachorowałam, chciałam z dnia na dzień przejść na zdrowe żywienie. Najlepiej od razu. Zrobiłam porządki w szafkach, wyrzuciłam to, co uważałam za niezdrowe, a w ich miejsce postawiłam nowe, zdrowe, zagraniczne super foods. Pamiętam jak dziś, że były to jagody goji, chia, amarantus, mąka ryżowa i kasztanowa, karob i dużo innych, których wcześniej nie używałam. Po tygodniu prób gotowania i setkach błędów, kiedy nic mi nie smakowało, nie miałam pojęcia z czym to się je, zrezygnowałam. Wiesz czemu mi nie wyszło? Bo chciałam wszystko od razu zrobić. Oduczyć się tego, co praktykowałam przez lata i wprowadzić zupełnie nowe. Prawda jest taka, że ja też nigdy nie odżywiałam się źle, ale zdecydowanie mogło być lepiej. Ta moja frustracja na szczęście nie trwała długo i chwilę później zrobiłam drugie podejście.

Gdzie tkwi tajemnica?

Tym razem dobrze się do tego przygotowałam. Poczytałam, popytałam znajomych, a przede wszystkim wiedziałam, że robię to dla swojego zdrowia. Zaczęłam zupełnie inaczej, niż wcześniej – tym razem nie wspinałam się pod wysoką górę, a niewielki pagórek za domem. Pierwsze co zrobiłam, to wymieniłam margarynę na masło. To było bardzo istotne, bo ja bardzo dużo gotuję, a jeszcze więcej piekę. I tak przez kolejny tydzień, dwa. Aż weszło mi to w nawyk. Postawiłam tez na polskie superfoods, czyli kiszonki, zakwasy, płatki owsiane, miód, owoce liofilizowane. Czyli wszystko to, co doskonale wiedziałam „z czym się je”, a i jedzone samodzielnie przynoszą mnóstwo dobrego, bo nie trzeba ich poddawać żadnej obróbce. Kolejna rzecz, to zamiana kolorowych napojów na wodę. I nie, nie przeszłam od razu na wodę niegazowaną, zwłaszcza że zawsze wolałam tę z gazem. Zaczęłam pić wodę z… sokiem, miodem, cytryną, czy czymkolwiek co dawało jakiś posmak. Tak było mi zdecydowanie łatwiej przejść na wodę, bo robiłam to stopniowo. I choć na początku pomyślałam, że to straszny długi proces to… nawet jeśli miałabym jeden zdrowym nawyk wprowadzać raz w miesiącu, to po roku miałabym ich juz 12. A to już całkiem spora suma!

Jeden nawyk

Tak, jeden nawyk. Spróbuj tak, jak ja, od jednej rzeczy. Nie zaczynaj pięciu jednocześnie, bo szybko się zniechęcisz, poczujesz się przytłoczona, zła, nerwowa i po co to. Zdrowe nawyki mają być przyjemnością i przede wszystkim korzystnie działać na Twoje zdrowie. A to największa nagroda dla Ciebie. Tylko JEDEN. I ćwicz go codziennie. Chcesz zwiększyć ilość wypijanej wody? Możesz tak jak ja, dodawać do niej coś smakowego, to naprawdę działa. Kolejny mój sposób to picie z butelki – wiem wtedy, ile już wypiłam, i ile jeszcze muszę. Czasem sobie zaznaczam, ile powinnam wypić do południa, a ile do 18.00. Moje koleżanki stawiają sobie szklanki z wodą w różnych miejscach w domu – łącznie 8. Wiesz, każdy sposób jest dobry, jeśli prowadzi Cię do celu. Ważne, żeby robić to spokojnie, systematycznie, bez spiny. I mieć świadomość, że robisz to… dla siebie. Nawyki żywieniowe są bardzo wdzięczne do wprowadzania, bo bardzo szybko można odczuć efekty ich działania. I to powinno Cię napędzać do działania. Pamiętaj tylko, żeby robić to pojedynczo – dopiero, kiedy utrwalisz jeden, wprowadzaj drugi. Lepiej mieć dwa dobrze wypracowane, niż żaden. I mnóstwo frustracji w sobie.

Podejmiesz wyzwanie?

Do napisania tego tekstu zachęciła mnie marka Lioforte, z którą współpracuję. I zapraszamy Was wspólnie do podjęcia wyzwania „codzienna porcja zdrowia”. Wyzwanie bardzo proste, a korzyści mnóstwo – wiem, co mówię, bo zanim Ci o tym napisałam, przetestowałam. Ja i mój mąż 🙂 Lepsze samopoczucie, więcej energii i siły do działania, solidna dawka naturalnych witamin i wzmocnienie odporności. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać, ale przecież jeszcze nie powiedziałam Ci o tym WYZWANIU!

Wyzwanie polega na tym, żeby codziennie, przez 3 miesiące zjadać garść owoców liofilizowanych – to ważne zwłaszcza teraz, kiedy jeszcze nie ma sezonu na owoce jagodowe. A te są niesamowicie ważne w diecie! Możesz zjadać garść do kawy, dodawać do porannej owsianki, szejka, sałatki owocowej, lub tak jak ja, zjadać pół kubeczka zaraz po tym, jak wypiję świeżo wyciśnięty sok owocowy. Pamiętaj tylko, żeby popić je szklanką wody. Codzienny, chrupiący nawyk zamiast słodkich dodatków. Odchodząc od tego, że owoce liofilizowane są zdrowe i pyszne, to… bajecznie wyglądają i ja uwielbiam dekorować nimi ciasta. Oczywiście w ramach codziennej porcji zdrowia 🙂 TUTAJ podrzucam Ci kilka pomysłów na REWELACYJNE i proste słodkości z wykorzystaniem owoców liofilizowanych – beza to sztos, a domowa czekolada zawsze jest hitem na spotkaniach z przyjaciółmi.

Polecam Ci zacząć od czarnej maliny, która jest moim absolutnym numerem jeden – zwłaszcza, że pochodzi z polskich plantacji i poddano ją liofilizacji bez użycia mikrofali. Czyli takie premium – choć tego się pewnie domyślacie, bo ja zawsze polecam same dobre rzeczy! A później rokitnik, jeżyna, czerwona malina, aronia. Pamiętam, jak rozmawiałam pierwszy raz z Panią Małgosią, szefową – godzinami mogłaby opowiadać o sile antocyjanów wspierających układ odpornościowy i przeciwutleniaczy – to ważne np. u mnie, w trakcie leczenia nowotworu. Uwielbiam ludzi tworzących tak fantastyczne produkty z ogromnej pasji i chęci poprawy jakości życia i samopoczucia innych.

To co, podejmiesz wyzwanie?

Jeśli tak, wskakuj na mój instagram – tam bardzo dużo mówię o codziennych, zdrowych nawykach. Zdradzam fajne i proste patenty, mnóstwo gotuję i pokazuję, jak prosto wykorzystać owoce liofilizowane w codziennej diecie. Możesz też skorzystać z kodu rabatowego na polskie owoce liofilizowane: nazdrowie – uprawnia do 12 procent zniżki. I pamiętaj – jeśli dziś zaczniesz pracować nad jednym nawykiem, będzie bogatsza nie tylko o „ten nawyk”, ale o pracę nad sobą, systematyczność, regularność, a przede wszystkim – lepsze samopoczucie i zdrowie. A to jest coś, o co warto walczyć zawsze.