Jeden musi zawsze ustąpić. Czyli o prostej drodze do… rozwodu

Początek związku jest zawsze taki sam: ludzie zgadzają się niemal we wszystkim. Nie chcą się ze sobą kłócić, chcą się we wszystkim zgadzać, ustępują sobie, żeby pokazać, że im zależy. Jejku, mój mąż bez wymówek chodził ze mną na komedie romantyczne do kina, teraz co prawda dalej chodzi, ale co pomarudzi, to jego 🙂 Radek, kiedy chodzi o jakieś domowe zakupy, często z przekąsem pyta mnie: „Czego chcemy? Co NAM się podoba?” I to jest całkiem zabawne, bo umówmy się, zastawę do kuchni i kurzołapy to ja wybieram, jemu to totalnie obojętne – więc zawsze mnie pyta, co NAM się podoba.

W innych kwestiach – tutaj dość szybko doszliśmy do pierwszej sprzeczki. Mamy dwa dość silne charaktery i pewnie gdyby nie moja upartość w jednej kwestii, nie świętowalibyśmy w tym roku 15 rocznicy pierwszej randki. Każdy lubi trwać przy swoim zdaniu. Co zrobić! Cóż, nie będę ukrywała, że mam coś z mentalnej księżniczki i lubiłam się zawsze fochać. Tak, przyznaję się. Za to mój mąż nie lubi, jak coś mu się narzuca i niemal zawsze ma wrażenie, że jego decyzja jest najlepsza dla nas obojga, bo przecież ma na celu nasze wspólne dobro. Po latach dotarliśmy się w tym temacie i już wiemy, że „wspólne dobro” i tak trzeba przedyskutować. Wspólnie. I tu nie chwaląc się dużo moja zasługa, bo nie umiem zamiatać problemów pod dywan – każdą kłótnie i sprzeczkę rozwiązujemy na bieżąco, dochodzimy do porozumienia i idziemy dalej do przodu. Nie wyobrażam sobie, żebym zgadzała się na wszystko, co wymyśli mój mąż i odwrotnie. Nawet kochając go ponad życie – jeśli mam inne zdanie, mówię o tym otwarcie.

Dlaczego Ci o tym opowiadam? Bo jakiś czas temu dostałam wiadomość od Moniki, mojej cudownej Czytelniczki. Zgodziła się, żebym Wam o tym opowiedziała, bo tak jak ja uważa, że jest to bardzo ważne i rzutuje na cały związek i to, jak będą wyglądały wspólne lata i czy faktycznie będą to długie lata.

„Kinia, mówią że przeciwieństwa się przyciągają. Że jedno musi być bardziej uległe i odpuszczać, bo jak oboje będą walczyć o swoje zdanie, to się pozabijają i ten związek nie przetrwa. Srata tata. Ja miałam ogromny problem z asertywnością – nie układało mi się w poprzednich związkach i kiedy tylko poznałam Marcina, zakochałam się, robiłam wszystko, żeby nam się udało. Godziłam się na jego pomysły, odpuszczałam kłótnie, chciałam się pokazać z jak najlepszej strony, żeby nie pomyślał o mnie, że jestem jakąś kłótliwą jędzą. Łatwo dawałam się przekonać do jego pomysłów, nie potrafiłam walczyć o swoje zdanie, często dla świętego spokoju. Marcin był cudowny, dbał o wszystko, pracował, żeby nam niczego nie brakowało, czułam się naprawdę bardzo kochana, czułam się bezpiecznie, dobrze. A jednak w tym wszystkim brakowało mi… mnie. I doszłam do muru – byliśmy dla otoczenia szczęśliwym, idealnym związkiem, a ja czułam się z jednej strony szczęśliwa, a z drugiej totalnie sfrustrowana i zdominowana. Wybuchłam. To był dla niego ogromny szok, bo nigdy tego nie robiłam. Skumulowały się te wszystkie emocje. Tego dnia spakowałam walizkę i wyprowadziłam się do rodziców. Nikt z naszego otoczenia nie mógł tego zrozumieć. Słyszałam tylko: „Taka była spokojna, a tu proszę. Wyszło szydło z worka”. Wiem, to była moja wina, bo zamiast otwarcie mówić o emocjach i potrzebach, chcąc utrzymać związek, dawałam się zdominować. Zapominałam o swoich potrzebach, bo spełnialiśmy jego potrzeby, kursy, rozwój firmy, jego oczekiwania, jego wizję związku. Żyliśmy jego życiem.”

Czy to, co się stało, jest normalne? Tak. Kiedy całe życie podporządkowujesz się pod czyjeś wymagania, pomagasz spełniać mu cele, przytakujesz i jesteś uległa – to prędzej czy później wybuchniesz. Jesteś nerwowa, i co jakiś czas złość się kumuluje i człowiek wybucha. Zaczynasz być nieszczęśliwa, mimo że pozornie wszystko masz. Złościsz się na otoczenie, zaczynasz usprawiedliwiać siebie wobec innych, zaczynasz usprawiedliwiać partnera i mówić jego głosem. Zaczynasz złościć się na samego siebie. Dlaczego? Bo zamiast żyć swoim życiem, zaczynasz żyć życiem drugiej osoby. To nie wróży niczego dobrego.

Rozmowa. Głośne mówienie o swoich potrzebach. Tak, zawsze trzeba znaleźć kompromis – ale nigdy nie ma czegoś takiego, że potrzeby jednej osoby są zawsze ważniejsze, niż potrzeby drugiej osoby. Ja jestem świetnym obserwatorem, uwielbiam przyglądać się ludziom i analizować ich zachowania. Czy my się z mężem kłócimy? Tak, jak typowe włoskie małżeństwo 🙂 Radek mówi, że ja mam charakterek po tatusiu i łatwo ze mną nie jest, ale z drugiej strony – to dobrze, że potrafię trwać przy swoim. I rozmawiamy, rozmawiamy, rozmawiamy. O swoich potrzebach, o rozwiązaniach dobrych dla nas, a nie jednego z nas. Wiadomo, czasem ktoś musi odpuścić, ale dzieje się to drogą długiej rozmowy. My bardzo chcemy, żeby wszystko układało się świetnie, ale każde z nas, ma trochę inne potrzeby i wzajemnie je szanujemy. Ale nie byłoby tego, gdyby właśnie nie… rozmowa.

Pewnie jesteś ciekawa, jak skończyło się to wszystko u Moniki i Marcina.

Po kilku dniach Marcin przyjechał do niej. Nie miał pojęcia co się stało. Przyznał, że od dłuższego czasu męczyła go ta jej uległość i zaczął uciekać w pracę. Wtedy chyba pierwszy raz usiedli i przegadali całą noc. Oboje popełnili mnóstwo błędów, a pierwszym i najważniejszym, był brak szczerej rozmowy.

I chyba fajnie przytoczyć tutaj coś, co napisałam Wam dawno temu. Związek to nie dwie połówki jednej pomarańczy. To dwie osobne pomarańcze, które doskonale czują się ze sobą w tym samym koszyku 🙂