To, czego NIGDY nie usłyszałam o porodzie. A Ty?

„Najlepszych chwil w życiu nie zaplanujesz, one przyjdą same”

Słyszałaś kiedyś te straszne historie porodowe? Jak to kobiety rodzą po kilkanaście, kilkadziesiąt godzin, jak personel jest strasznie niemiły i też o tym, że poród to trauma? Ja nasłuchałam się w pierwszej ciąży tylu okrpnych historii, że kiedy przyjechałam na porodówkę, pierwsze o co zapytałam, to czy z tego nieziemskiego bólu można zemdleć. Do dziś nie wiem, dlaczego kobiety nawzajem się nakręcają i straszą, zamiast wspierać. Ja wiem, że poród porodowi nierówny, że wiele dziewczyn niesamowicie cierpi, że są porody bardzo trudne. I z całego serca współczuje i mocno wspieram takie dziewczyny. Wiem też, jak trudne są cesarskie cięcia i jak długo się po nich dochodzi do siebie. Zastanawia mnie tylko, dlaczego zamiast straszyć się wzajemnie, jak to będzie ciężko, nie możemy dzielić się doświadczeniami, co robić, żeby było łatwiej? Jak sobie pomóc, z czego korzystać i co robić, żeby poród mimo wszystko był pozytywnym doświadczeniem?

Bo pomyśl, opowiadał Ci ktoś kiedyś o tym, że poród może być szybki, niemal bezbolesny, a trzy godziny po będziesz samodzielnie szła pod prysznic i biegała wokół dziecka? Nie? To posłuchaj. Bo i takie historie się zdarzają.

Wrzesień, prawie cały, spędziłam w szpitalu. Miałam podejrzenie cholestazy i moja Pani doktor chciała mieć mnie cały czas na oku. Przyjeżdżałam na kilka dni na oddział, robili mi badania, jak wszystko było w porzadku, wracałam do domu. I tak w kółko. To całkiem ciekawe doświadczenie być tam cały czas – uczysz się zmian pielęgniarek, wiesz co u której słychać, kojarzysz ludzi z oddziału, poznajesz mnóstwo historii. Trochę sie pokomplikowało w 36 tygodniu, miałam mieć na „już” wywoływany poród lub cesarkę – na szczęście wyniki w poniedziałek, czyli w dniu, kiedy zaczęłam mój magiczny 37 tydzień i ciążę uznano za donoszoną, były bardzo satysfakcjonujące. Do tego dziecko ważyło ponad 2500 g, czyli idealnie. Perwszy raz, od ostatniego miesiąca ogarnął mnie totalny spokój. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak mocno odetchnęłam – jakby zeszło ze mnie napięcie i strach, jakie kumulowały się od chwili, kiedy zobaczyłam na teście ciążowym dwie kreseczki. Dostałam kilka dni przepustki i miałam wrócić w kolejny poniedziałek. Lekarze uznali, że jest dobrze. Szyjka długo, brak rozwarcia, wszystko książkowo. Jedyne czego naprawdę się bałam, to wywoływania porodu. Cóż, przez te wszystkie dni, gdy leżałam na oddziale, zawsze trafiałam do sali z dziewczami, z przenoszoną ciążą. Widziałam dokładnie jak wygląda wywoływanie porodu i bardzo chciałam tego uniknąć. Ale… no właśnie. Wiedziałam, że jestem w takiej, a nie innej sytuacji, i co zdecydują lekarze, którym w pełni ufałam, tak zrobimy, bez dyskusji. Kiedy poszłam pożegnać się z pielęgniarkami z oddziału, kiedy już je wyściskałam, powiedziałam uśmiechnięta: „Widzimy się za tydzień, no chyba że zacznę rodzić szybciej”. Wtedy moja ulubiona Pani dodała: „Raczej nie. Byłam przy badaniach, wszystko szczelnie zamknięte”.

I jak to w życiu bywa, teoria swoje, a praktyka swoje. Ktoś się pomylił… i nie, nie byłam to tym razem ja. Bo czasem trzeba pozwolić życiu iść po swojemu, bez oczekiwań. Prawda?

W środę miałam gości. Tak dobrze czułam się tego dnia, że postanowiłam upiec ciasto. Miałam ochotę na coś naprawdę słodkiego – a będąc na diecie wątrobowej, słodycze jadłam naprawdę sporadycznie. Pamiętam jak dziś smak ciasta, które upiekłam – tarta jabłkowa na kruchym owsianym spodzie, nadziana jabłkami z cukrem waniliowym i cynamonem, a na górze pyszna beza. Ciasto było tak dobre, że nawet mój teściu, który nie przepada za wypiekami, zjadł aż dwa kawałki. Patrząc jak szarlotka szybko znika, odłożyłam jeden kawałek dla Radka, bo wrócił do domu dopiero około 21.00. Zjadł obiad, a raczej dość późną kolację i zapytał, jak się czuję. Napinał mi się co prawda brzuch, ale tak bezboleśnie. Poza tym, miałam tak już od kilku, a nawet kilkunastu dni. W szpitalu miałam codziennie KTG i mimo lekkich napięć, nie pokazywało skurczy, Jakiś czas później stwierdziliśmy, że podjedziemy na SOR, najwyżej odeślą nas do domu. Godzinę później Pani na recepcji zapytała, czy rodzę. Hmm, właściwie to nie wiedziałam. Całkiem możliwe, choć pewności nie mam.

Na trakcie porodowym okazało się, że nic nie zwiastuje porodu – dziecko jest wysoko, skurcze jakieś bezbolesne, rozwarcia brak. Pani doktor nawet zaproponowała Radkowi, żeby pojechał do domu, bo tu raczej nic nie będzie, może się zaczyna poród, ale może to trwać nawet kilka dni. Pewnie wszytsko potoczyłoby się inaczej, gdyby nie to, że podczas badania „zgubiło się” tętno dziecko. Dostałam kroplówkę, zrobiono mi szybki wywiad anestozjologiczny, w razie gdyby trzeba było na szybko ciąć i… pozwolili Radkowi zostać. To są te chwile, kiedy normalnie upartość męża doprowadza Cię do totalnego szału, a tym razem jesteś cholernie przeszczęśliwa, że jak postawi na swoim, to zdania nie zmienia: „Choćbym miał tu na podłodze siedzieć, to nigdzie się bez niej nie ruszam”.

I tak zegar pokazywał 1.00 w nocy, kiedy cudowna Pani położna zrobiła mi KTG i zbadała mnie – sytuacja ze zgubionym tętnem już się nie powtórzyła.Położna przedstawiła mi wszystkie możliwe formy znieczulenia i zaproponowała, żebym się przespała. Znieczulenie w kręgosłup wykluczyłam od razu, bo panicznie bałam się wkłucia. Był jeszcze paracetamol co 6 godzin, gaz rozluźniający, chyba ciepłe kamienie, ale nie jestem pewna. I tak zaczęliśmy z Radkiem spacerować. Pamiętam też, że moja położna powiedziała mi, że najlepiej rodzi się z kobietami o analitycznych umysłach, bo traktują wszystko zadaniowo – tak, nie pocieszyło mnie to, bo jestem humanistką 🙂 I tak sobie spacerowaliśmy. Kiedy wychodziłam z łazienki złapał mnie tak mocny skurcz, że oddychałam licząc w myślach do 10 i gryzłam męża koszulkę. Dosłownie. Przez głowę przeszło mi znieczulenie, ale szybko doszłam do wniosku, że skoro minęły nawet nie dwie godziny, to pewnie mamy dopiero gdzieś 3-4 centymetr. Znieczulenie zostawiam na kryzys 7 centymetra. Bolał ten skurcz jak diabli, przysięgam, ale cały czas sobie w głowie powtarzałam, że musze się do tego przyzwyczaić, bo boleć to dopiero będzie. Starałam się podchodzić do tego zadaniowo, choć trochę – jest skurcz, oddycham przeponą, odpuszcza. I choć z całych sił próbowałam, zgryzłam całą koszulkę Radka. Kolejne skurcze nie były gorsze, ale ich intensywność sprawiała, że miałam powoli dość wszystkiego – to wszystko trwało łącznie może 5-10 minut. Ostatni skurcz, jaki pamiętam był tak dziwny, że nie potrafiłam usiąść na łóżku.

Wtedy położna pomogła mi się położyć, bo musiała mnie zbadać. I wtedy stał się cud – „Pani Karolino, rodzimy. Tu jest 10 centymetrów, masz już skurcze parte”. Ale jak to tak szybko, przecież to dopiero 2 godziny minęły! Pamiętam doskonale minę moich położnych, kiedy rozłożyłam ręce na boki, pokazałam miejsca gdzie miałam wbite wenflony i poprosiłam o wszystkie rodzaje znieczuleń, jakie mają. I gaz rozweselający. Koniecznie.

I nie dostałam.

Bo na ostatniej prostej już się nie podaje. Wtedy jeszcze zagroziłam, że idę do domu, ale ostatnecznie argument, że się nie opłaca i zaraz będzie po wszystkim wygrał. Zostałam. „Oddychamy, raz, dwa i… mamy ją”.Czas porodu: 2 godziny i 5 minut ostatniej fazy.

Czy bolało?

Podobno kolejny raz trafił mi się najlepszy scenariusz porodowy, jaki można sobie wymarzyć – czyli bez odejścia wód płodowych. Choć uwierzcie mi, że kiedy ja walczyłam ze skurczami partymi, a Radek z pielęgniarkami śmiali się, że przy trzecim dziecku nie puszczą mnie nawet do toalety, bo tak szybko to idzie, to miałam ochotę zrobić im krzywdę 🙂

Kiedyś położna powiedziała mi, żeby nigdy nie godzić się na przebicie pęcherza płodowego. Najlepiej, kiedy pęknie sam przy skurczach partych, bo „wody płodowe działają na poród, jak WD40 na zardzewiałą śrubę”.

5 minut później miałam Polcię na brzuchu.

Wiesz, całą ciążę człowiek boi się porodu. Zwłaszcza, jeśli popełniłaś mój błąd i słuchałaś tych wszystkich strasznych historii. Kiedy urodzisz dziecko, czujesz się jak bohaterka i tak właśnie masz się czuć! Dokonałaś cudu, wysiłkowo przebiegłaś maraton, a masz siłę się uśmiechać – bądź z siebie dumna, ja z Ciebie jestem. I to bardzo!

Kiedy tak patrzysz na tę małą istotkę, która jeszcze kilkanaście minut temu kopała Cię w brzuch czujesz, że możesz wszystko! I Zachowaj tę energię jak najdłużej, bo… poród, choć strasznie trudny i bolesny, jest najłatwiejszą rzeczą w macierzyństwie. I absolutnie nie chcę Cię straszyć, bo macierzyństwo, to jedna z najpiękniejszych przygód życia.

 

*FOTO: dudy.com.pl


I tym tekstem chciałabym Cię z całego serca zaprosić na nowy cykl na blogu

#znotatnikamłodejmamy.

Bardzo energetyczny, z humorem i dobrą energią. I dużą dawką pluszu oraz wsparcia.
Felietony będą się pojawiać co dwa tygodnie – wkładam w nie całe serducho!

 

 

I zachęcam do dołączenia do mnie na instagramie

tutaj codziennie dzielę się z Tobą energią do życia, pysznym jedzeniem i dobrym humorem 🙂

jestem TUTAJ: @kinka_karolina_wilk