Syf w kuchni, czyli po co gotować z dzieckiem?

Wspólne gotowanie to niesamowita frajda dla dziecka. Dla rodzica natomiast oznacza to 10 dodatkowych garnków do mycia, pranie ręczników, zmywanie podłóg i intensywne szorowanie blatów. Już nie mówię o opóźnieniu w wydaniu posiłków i zaczynanie od nowa, gdy maluch pomyli sól z cukrem, kiedy pieczecie ciasto. Czy to wystarczające argumenty, aby zrezygnować ze wspólnego gotowania? Absolutnie nie!

Z Kacperkiem bardzo często razem gotujemy i pieczemy. To dla nas sposób na spędzenie fajnie czasu, ale i dla mnie pewność, że zdążę z obiadem i innymi posiłkami. Oczywiście zdarza się, że bardzo się spieszę i proponuję młodemu zastępczą zabawę, a kiedy goście w drzwiach włączam mu bajkę, żeby tylko skończyć gotowanie 🙂 Ale poza tymi ekstremalnymi przypadkami, staramy się dobrze bawić w kuchni razem 🙂 Bo wspólne gotowanie może być ciekawą zabawą, ale i świetną lekcją dla malucha!

Kilkulatek podczas gotowania lub pieczenia ćwiczy małą motorykę – rączki cały czas pracują, bo dziecko ugniata ciasto, kroi, wałkuje. Poznaje otaczające je przedmioty – uczy się, co jest sypkie, klejące, mokre, grube czy cienkie. Maluch poznaje też nowe smaki – Kacper bardzo lubi kosztować, łącznie z solą, cukrem, miodem i przyprawami. Wspólne gotowanie to też cicha nauka matematyki – liczymy jajka, które dodajemy do ciasta, łyżki mąki, owoce do deserów. Podczas gotowania maluch wzmacnia poczucie własnej wartości – widzi efekt swojej pracy, cieszy się, że coś się udało i wszystkim smakuje. Mój młody zawsze podkreśla, co przygotował i wszystkich częstuje. Ten argument ma też drugą stronę – uczy porażek. W końcu w kuchni nie zawsze wszystko się udaje. Kiedy coś nam nie wyjdzie, zaczynamy od początku – w końcu się uda. W całej zabawie ważne jest też to, że dziecko realnie uczy się gotować. Uczy się, co z czym łączyć, co z czego wyjdzie. Dodatkowo uczy się cierpliwości – po kolei wszystko robi i widzi efekt końcowy. Widzi, że cierpliwość popłaca. Dla starszych dzieci wspólne gotowanie można połączyć z nauką matematyki na wyższym poziomie, z nauką czytania podczas pracy z przepisem lub tłumaczenia zjawisk fizycznych i chemicznych (ja jestem przykładem na to, że to w parze nie idzie, bo choć gotowanie ogarniam całkiem dobrze, fizykę i chemię kompletnie nie. Wcale.). Ale znam zwolenników tej teorii 🙂

I jest jeszcze jeden argument, chyba najważniejszy: jak coś Wam nie wyjdzie, ciasto się źle upiecze, sałatka będzie przesolona czy mięso przesmażone, to zawsze można powiedzieć, że pracowaliśmy z dzieckiem i to ono coś pomyliło. To zawsze skutkuje. W końcu kto śmie powiedzieć coś dziecku 🙂

Gotujecie z dziećmi?

*foto: Paulina Młynarska