W dobrych związkach naczynia zmywają się same

Partnerstwo – walka o sprawiedliwy
podział obowiązków

Na czym polega partnerstwo? Nie na sprawiedliwym dzieleniu się obowiązkami, ale na partnerskim ich podziale. Nie dzielimy się w domu tak, że ty zmywasz w dni parzyste, a ja w nieparzyste. Odkurzamy na zmianę co drugi dzień, a pranie ja robie a on wiesza. Nie. Po prostu przez lata wspólnego życia naturalnie podzieliły się pewne obowiązki i tego się trzymamy. Nikt do nikogo nie ma pretensji – jest dobrze i szczęśliwe.

W ostatnich latach głośno jest o partnerstwie w kontekście sprawiedliwego podziału ról w domu. Utarło się, że nowoczesne zgodne małżeństwo wszystkimi obowiązkami dzieli się sprawiedliwie. On chodzi do pracy, ona chodzi do pracy. Sprawiedliwie. To dlaczego do cholery skoro ja gotuję obiad, on grzebie sobie przy samochodzie? Jutro zamiana. Nie ma, że jeden sobie odpoczywa, a drugi przy zlewie stoi. I tak kłócimy się przez cały czas, o to, kto zrobił więcej, kto częściej gotował, a kto ile razy wyniósł śmieci. Bo tak jest modnie, bo tak jest sprawiedliwie. Ale czy to jest klucz do udanego funkcjonowania w związku, czystego domu i codziennych obiadów? Moim zdaniem nie. Bo czy na tym właśnie polega partnerstwo? Na sprawiedliwości ważonej na wadze kuchennej, co do grama?

Według słownika języka polskiego partnerstwo oznacza równe traktowanie siebie nawzajem. Ze słowem partnerstwo nierozerwalnie łączą się współpraca, zaufanie, wzajemność oraz pomoc. Dlatego podział obowiązków w związku powinien być wynikiem współpracy. To jak granie w jednej drużynie. Czyli? Czyli dogadaniem się w kwestii tego, co kto robi, które obowiązki do kogo należą. Wzajemne uzupełnianie się. Ktoś lepiej gotuje, ktoś lubi zmywać naczynia, pracować w ogrodzie czy załatwiać sprawy związane z samochodem. Nie ubolewam nad tym, że to ja gotuję, piorę i prasuję. I wcale nie wymagam tego od męża. Podobnie jak on nie wymaga ode mnie rąbania drewna, koszenia trawy czy naprawiania samochodu. Bo tak się dogadaliśmy, tak wybraliśmy, tak się uzupełniamy.

Czy zazdroszczę koleżankom, których mężowie gotują obiady, pieką ciasta i porządkują w szafkach? Nie, bo ja lubię to robić. I wiem, że kiedy jest taka potrzeba, mój mąż też to robi. Gotuje też całkiem dobrze. Kiedy mamy możliwość, gotujemy razem. Gdy wyjeżdżamy na wycieczkę, to ja szykuję kanapki na drogę, a Radek sprawdza samochód, tankuje, myje go. Czy uważam za dziwne pary, gdzie on zajmuje się domem lub robią to wspólnie? Nie, bo wierzę, że to efekt dogadania się i że jest im z tym dobrze. A na tym polega partnerstwo, żeby parze było dobrze ze sobą i swoimi ustaleniami.

Problem, moim zdaniem, zaczyna się w momencie, kiedy to na jednej ze stron spoczywają wszystkie obowiązki domowe i około domowe. Bo zarówno praca zawodowa, jak i praca w domu to jest taka sama praca. A w dobrym, zgodnym i szczęśliwym związku nie trzeba przecież tego tłumaczyć i uświadamiać to sobie, bo partnerzy o tym wiedzą.

Mówi się, że w udanym związku naczynia zmywają się same. Nie, nie dlatego że mamy pomoc domową. Ale dlatego, że nikt nie ma do nikogo pretensji o taki a nie inny podział obowiązków, nie kłócimy się o pierdoły, a czas zmarnowany na sprzeczki o to, kto ma zmywać, pożytkujemy w inny sposób.

Czy tworzymy związek partnerski? Tak, uważam że tak. Nawet jeśli codziennie zbieram jego skarpetki zza kanapy. W końcu zawsze mogę dorzucić papryczkę piri-piri do jego porcji zupy. Równowaga w przyrodzie musi być 🙂

*zdjęcie – Katarzyna Klińska www.astistudio.pl