Strach ma wielkie oczy, czyli o tym, jak prawie ducha zobaczyłam

To będzie historia, jakiej jeszcze nie czytaliście. Mówię Wam! Lubicie horrory, albo chociaż straszne powieści czytacie z wypiekami na twarzy? Ja to horrorów w ogóle nie oglądam, a jak obejrzałam „Blair Witch Project” to przez pół roku spać nie mogłam. Już nie wspomnę o „Kręgu”. Brrr… do dziś mnie ciarki przechodzą…. Innych chyba nie oglądałam. O nie! „Psychoza”! To było coś strasznego – pamiętam, jak oglądałam ją z Ewką i jej mamą, byłyśmy chyba w gimnazjum. Po filmie wysiadły korki w całym domu, a my spanikowane spałyśmy w jednym łóżku. Co tam spały! Czuwałyśmy spanikowane! I generalnie więcej strasznych filmów nie oglądałam. Skąd więc moja wyobraźnia potrafi tworzyć dużo gorsze scenariusze?

Historia, którą Wam opowiem wydarzyła się kilka lat temu. Nie pamiętam dokładnie kiedy, ale z pewnością było to przed ciążą. Radek był na jakimś wyjeździe, a ja zostałam sama w domu. Położyłam się spać. Ciężko było zasnąć, bo jakoś nie potrafię bez męża mego zasypiać, ale w końcu się udało. Spałam i spałam, aż w końcu obudziło mnie skrzypienie podłogi. Wiecie, taki dźwięk, jakby ktoś robił bardzo wolne kroki.

Usiadłam na łóżku i nasłuchuję.

Kroki jakby się oddalały i przybliżały, a ja czułam jak cierpnie mi skóra.

Kiedy już racjonalnie wytłumaczyłam sobie, że na dworze pada deszcz i wieje, a panele czasem skrzypią… wtedy…

Usłyszałam…

…jak ktoś gra na gitarze. Gitarze, która wisiała w drugim pokoju

Pojedyncze brzdęknięcia. Pauza. Znów brzdęknięcia.

Nie pytajcie nawet co się działo! Byłam tak kosmicznie wystraszona, ale to tak wystraszona, że nie wiedziałam co się dzieje… Podłoga skrzypiała, gitara grała. Spanikowana zerknęłam na komórkę, żeby zobaczyć, która godzina. Pamiętam jak dziś, była 00:01. Godzina duchów! Siedziałam na łóżku i zastanawiałam się, co zrobić. Zapaliłam w sypialni światło. I zaczęłam się zastanawiać, co robić. Co robić!?

Moja wyobraźnia szalała. Wyobrażałam sobie złodzieja, który przyszedł po… no właśnie po co? Po telewizor za 700 zł, a może po laptopa za 1500 zł? A może po moje książki? Dziś się na tę myśl uśmiecham, bo już widzę złodzieja, który taszczy dwie tony moich książek romantycznych. Kiedy już uznałam, że to szalony pomysł i mało prawdopodobny, wymyśliłam coś realnego. Wiecie co? Ducha! I choć w duchy nie wierzę, wtedy duch był dla mnie jedynym racjonalnym wytłumaczeniem. Ale co robić, co robić z tym duchem! Gitara gra! A żeby włączyć w gościnnym pokoju światło trzeba przejść przez cały pokój, czyli jakieś 7 metrów!

I nie wiem skąd znalazłam siłę. Co tam siłę! Odwagę! Bo to wymagało odwagi! Wzięłam komórkę do ręki, włączyłam latarkę i wyjrzałam zza drzwi sypialni.

Nikogo nie było.

Uff. Odetchnęłam.

Ale gitara ciągle brzdękoliła.

Z duszą na ramieniu, żeby nie powiedzieć tego powiedzenia z pełnymi majtkami, poszłam wzdłuż mebli, jak Malanowski, który skrada się za złodziejem. I dotarłam do włącznika. Zapaliłam światło!

Nikogo nie było.

Gitara grała.

Podeszłam bliżej.

Nie uwierzycie.

W gitarze siedział jakiś chrabąszcz, który nie potrafił z niej wyjść. I każda próba kończyła się brzdękoleniem. Wyniosłam więc gitarę na korytarz, zamknęłam drzwi i poszłam spać dalej. Jak bohater!

Nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam taka wystraszona. A Wy, macie jakieś ekstremalne przeżycia? 🙂