Słowo na „R”, którego niestety, często brakuje w małżeństwach z dłuższym stażem

Ludzie mają tendencję do straszenia innych, prawda? Idziesz do przedszkola to mówią, „Baw się, w szkole to dopiero będzie nauka”. Wychodząc z podstawówki słyszysz, że w szkole średniej jest prawdziwa nauka. A kiedy przyjeżdżasz w trakcie studiów do domu, to wujek gdzieś tam przebąkuje, że życie to się zacznie, jak przyjdzie praca i rachunki. Wtedy to tak do śmiechu Ci nie będzie. Tak samo w narzeczeństwie. Niby z każdej strony pytają, kiedy ślub, naciskają na wesele, a jednak w kółko powtarzają, że po ślubie to już tak kolorowo nie będzie. Nie będzie kina, nie będzie kolacji przy świecach i miziania za uszkiem. Przypomina mi się tutaj kazanie na ślubie mojej kuzynki. Ksiądz powiedział: „i żeby nie było tak, że do ołtarza przychodzi dziś kotek z pieskiem, a za 10 lat spotkam tutaj krowę i świnię”. Bo coś w tym straszeniu jednak jest.

Po roku spotykania się zamieszkaliśmy razem. Pięć lat później wzięliśmy ślub. Byliśmy ze sobą non stop w czasie studiów. Szalone pięć lat wspólnej beztroski, uczenia się życia, zabawy i pierwszych kroków na rynku pracy. Wiele razy słyszeliśmy, że pobieramy się szybko, mieliśmy po 24 lata, Radek nawet jeszcze 23. I o ile moje koleżanki szalały ze szczęścia i radości, o tyle koledzy Radka nie do końca rozumieli naszą decyzję. Nie zliczę, ile razy ktoś nas zapytał, czy jestem w ciąży i stąd ten ślub. Pytali też o to, czy się nie boimy, że jak przyjdzie życie rodzinne, dzieci, to skończy się czas dla siebie, skończy się miłość. Niby bycie razem bez ślubu jest łatwiejsze, bo łatwiej coś zamknąć, skończyć, łatwiej powiedzieć „koniec”. Ale z drugiej strony: ze ślubem czy bez, przecież o prawdziwe uczucie walczy się zawsze, prawda? Dziś z perspektywy czasu wydaje mi się, że tu bardziej o odpowiedzialność o drugą osobę chodziło i obawę przed tym, że można nie sprostać postawionej sobie poprzeczce. My podjęliśmy to wyzwanie. A czy motyle po ślubie odfrunęły, wtedy jak na salony weszła proza życia? Tak.

Prawdziwym sprawdzianem dla naszego związku i momentem, kiedy chyba zorientowaliśmy się, że to wcale nie było krakanie, tylko prawda, bo jednak wszystko się zmieniło – były pierwsze tygodnie po urodzeniu dziecka. Kacper był najważniejszy, wszystko kręciło się wokół niego, wszystko podporządkowane pod niego. Dziś zrobiłabym to samo, nie żałuję niczego. Nie rozumiem za to jednej rzeczy – dlaczego wtedy zrezygnowaliśmy z siebie, na rzecz jego? Przecież jedno z drugim nie kolidowało i wciąż nie koliduje. Po kilku tygodniach stwierdziliśmy, że jesteśmy mamą i tatą, ale i żoną i mężem. Idziemy na randkę! To były Walentynki, 2013 roku. Wtedy wszystko się zmieniło.

Motyle może i po ślubie odfruwają, ale zastępuje je coś innego – troska, odpowiedzialność, wsparcie, miłość. Miłość, o którą trzeba walczyć, druga osoba, o którą trzeba się starać, jak wtedy. Cóż, wraz z podpisaniem aktu małżeństwa nie dostajemy gwarancji, że teraz wszystko będzie już zawsze kolorowe. Sami sobie obiecujemy, że zrobimy wszystko, żeby tak właśnie było. Jednak samo się nie stanie. I ja wiem, że jak przychodzi życie, praca po godzinach, spotkania służbowe, wyjazdy, nowi znajomi, zmęczenie – jest trudno. Ale bez pracy nad związkiem, bez poświęcania drugiej osobie czasu, bez wychodzenia na randki tak, jak kiedyś, będzie trudno. Trzeba dać czas, nie obiecywać, że kiedyś ten czas będzie – wtedy często nie ma już z kim go dzielić.

„Randki? Po ślubie? Wam się chyba nudzi. My nie mamy na głupoty czasu”. My też nie mamy tyle czasu co kiedyś, żeby non stop gdzieś wyskakiwać. Ale mamy czas na wspólny film w domu, pod kocem. Na wspólną kolację w domu. Na wspólne rozmowy przy kubku herbaty. Czas na bycie razem, bycie we dwoje. Na domowe randki. Raz na jakiś czas Kacper zostaje z dziadkami, a my wyskakujemy do kina, na kolację. Są i miesiące, że randkujemy w domu, ale czas dla siebie znajdujemy zawsze. Bo tak naprawdę, co innego, lepszego, można dać drugiej osobie, poza właśnie czasem i byciem razem? Mi nic nie przychodzi do głowy. Dlatego od lat z okazji Walentynek, Mikołajek, rocznicy ślubu – zamiast prezentów, wyskakujemy na randkę. W tym zabieganym świecie nic bardziej nas nie cieszy.