Ludzie hieny

Ludzie hieny

Jesteśmy tak skonstruowani, że kiedy dowiadujemy się, że czeka nas coś trudnego, nie myślimy do końca racjonalnie. Jedyne, czego wtedy potrzebujemy to obietnicy, że będzie dobrze. Nie potrzebujemy nawet jej pokrycia, udowodnionych faktów, potwierdzenia. Zdesperowany człowiek działa zupełnie inaczej niż ten, który ma czas na przemyślenia, na podjęcie decyzji. Czas nie zawsze jest sprzymierzeńcem. I kiedy zegar coraz wyraźniej wygrywa Tik-Tak, tak że aż słychać ciszę między każdym kolejnym ruchem wskazówek, zaczyna się walka. Z czasem, ze swoją psychiką. Czas na decyzję. Zaufać lekarzom, czy może posunąć się o krok dalej. Chodź, opowiem Ci historię o ludziach hienach, którzy chcą wykorzystać moment, kiedy jesteś chory i o Twojej psychice, która mimo, iż racjonalnie wie, że to bubel, godzi się na to.

Po ponad pół roku prowadzenia bloga napisałam o swojej chorobie. Poza falą wsparcia, dobrych słów i życzeń zdrowia znalazło się kilka wiadomości, które pamiętam do dzisiaj. „Hej, widziałam że jesteś bardzo chora. Dołącz do naszej grupy na FB. Jest dobre wsparcie. Pomagamy sobie”. Byłam tam 10 minut. Czytanie o naturalnych metodach walki z chorobą nie było takie złe, niektóre postępowania miały sens. Niektóre, bo wszywanie sobie nasion gorczycy pod skórę mnie otrzeźwiło, mocno. Moment, w którym wyszłam z grupy był wtedy, kiedy non stop ktoś namawiał kogoś do zaniechania leczenia nowotworów pod okiem lekarza i przejście tylko na leczenie alternatywne. Czasem ktoś taki proponował leki z „własnej apteki”. Takich zaproszeń miałam kilka – nigdy więcej do grup promujących tego typu leczenie nie weszłam. Kolejne wiadomości, dotyczyły… zakupu świetnych produktów, które miały mnie wyleczyć. „Cześć! Widziałam, że chorujesz. Mam akurat świetne witaminy. Naturalne. Potwierdzone działanie. Prześlę Ci ulotki.” Po prostu. Łykasz kilka tabletek dziennie i tyle. Oczywiście kupujesz je u dziewczyny, która do Ciebie pisze. I te historie z pewnością nie zapadłyby mi tak w pamięć, gdyby nie to, że zawsze pojawiały się argumenty za tym, żeby bardziej poważnie traktować leczenie alternatywne, niż tradycyjną medycynę. Porzuć chemię, porzuć radioterapię, bierz nasze witaminy i wyzdrowiejesz. Wiesz ile dostaje wiadomości od ludzi, którzy tłumaczyli mi, dlaczego nie powinnam iść na jodowanie? Że lepiej zjadać codziennie garść pestek morelki, zamiast truć się jodem. Są i tacy, którzy pisali, że rak jest tylko stanem zapalnym i trzeba jeść to, co stan zapalny leczy. Jakie to proste, prawda? Pomijam fakt, że jak zawsze najwięcej do powiedzenia mają Ci, którzy nigdy nie byli w takiej sytuacji. Dlatego ani na blogu, ani w mojej tarczycowej grupie NIE TOLERUJE żadnych komentarzy na temat alternatywnego leczenia, a za namawianie do porzucenia leczenia w szpitalu jest automatyczny ban. Na zawsze. To jedna z zasad, której się bardzo mocno trzymam. Dla Waszego dobra <3

Nigdy Wam o tym nie opowiadałam. Ostatnio dostałam jednak znów kilka pytań odnośnie medycyny niekonwencjonalnej, łykania pestek moreli zamiast chemioterapii, polecenia bioenergoterapeuty i rygorystycznego oczyszczania organizmu w celu pozbycia się raka.

Ta historia, którą opisałam wyżej, ma dwa wymiary. Byłam w trudnym dla siebie czasie. Nie bardzo wiedziałam co dalej. Dopiero zaczynałam się interesować tematem. Te wszystkie obietnice, przekonywania i łatwość pokonania choroby były bardzo obiecujące. A ja tak bardzo chciałam być zdrowa! I tutaj słyszałam to, czego żaden lekarz Ci nie powie – TAK, NA 100 % SOBIE Z TYM PORADZIMY, BĘDZIESZ ZDROWA! Obietnica to coś, czego chory człowiek potrzebuje. I ją kupujesz.

A drugi wymiar – myślę, że o wiele gorszy. Są osoby, które nie zawahają się przed niczym, żeby coś sprzedać, uzupełnić swoje tabelki, zarobić. Ty, jako chory, jesteś łatwym łupem. Co z tego, że to tylko witaminy. Tobie nie zaszkodzą, ja zarobię. Wszyscy będą szczęśliwi. Nie chcę oceniać firmy, choć uważam, że rozwijając interes, propagując zdrowy styl życia, powinni dużo więcej czasu poświęcić na dobór pracowników i szkolenia z etyki. Żerowanie na fakcie, że ktoś jest chory i staje się łatwym łupem jest słabe. Takie zachowanie niewiele różni ich od znachorów, którzy obiecują wyzdrowienie i namawiają do odrzucenia medycyny konwencjonalnej. Żywimy się złudzeniami i fakt, że ktoś przyrzeknie nam pokonanie choroby, da obietnicę bez pokrycia, ale będzie wystarczająco przekonujący, a my wystarczająco zdesperowani – wystarczy. Idziemy w to.

Naturalne metody walki z chorobami, w tym nowotworami, są bardzo ważne. Dieta, zdrowy styl życia, sport – to wszystko daje ogromne rezultaty i pomaga podczas leczenia, a później dochodzenia do siebie po terapii. Są niezbędne podczas leczenia, wychodzenia z choroby, ale i konieczne podczas profilaktyki! Celowo użyłam słów „leczenie” i „terapia”, ponieważ naturalne metody powinny być uzupełnieniem tradycyjnych metod leczniczych takich jak operacje, chemioterapie, antybiotykoterapie, radioterapie, leczenia jodem radioaktywnym. NIGDY nie powinno się rezygnować z tego, co proponuje medycyna, na rzecz tego, co mówi znachor, bioenergoterapeuta czy nie daj Boże doktor Google.

Jeśli macie ochotę wspomóc leczenie metodami naturalnymi, jak najbardziej powinniście to robić. Leczenie konwencjonalne to jedna rzecz, ale dbanie o organizm, odporność, pobudzanie go do naturalnej walki z chorobą, dbanie o psychikę – to tak samo ważny aspekt leczenia. Ja mogę powiedzieć, że po chorobie pomagała mi i wciąż bardzo pomaga dieta bogata w warzywa i owoce, zioła, zdrowy styl życia, regularna aktywność fizyczna i równowaga psychiczna. Moja koleżanka wspomagała się podczas chemioterapii wlewami z witaminy C, inna wypijała koktajle odtruwające organizm i łykała tabletki z colostrum, a jeszcze inna – piła napój z grzybka tybetańskiego. Żadna z nich nigdy nie zrezygnowała z medycyny konwencjonalnej, a dodatkowe metody świetnie uzupełniały leczenie.

Jestem osobą wierzącą i modlitwa pomagała mi się uspokoić, przemyśleć wszystko, dać ukojenie, którego tak potrzebowałam. Moja koleżanka każdego dnia medytowała, co pozwalało jej się uspokoić i dać chwilę w ciągu dnia na przemyślenia. Psychika jest niesamowicie ważna w procesie leczenia i trzeba o nią dbać tak samo, jako o organizm, dietę. I tutaj mogę uwierzyć, że łatwiej zaufać znachorowi, który poświęci Ci czas, podejdzie do Ciebie bardzo po ludzku, da nadzieję, da Twojej psychice więcej niż lekarz w białym fartuchu, wykończony po dyżurze, nieraz niepotrafiący dać otuchy. Wiem doskonale jak to jest, kiedy słyszy się złą diagnozę. Świat się wali i każda obietnica wyleczenia jest bardzo poważnie traktowana. Zobacz, czeka Cię 12 miesięcy chemioterapii, która oprócz wyleczenia, może nieść za sobą poważne konsekwencje zdrowotne. Chodzisz od lekarza do lekarza, bo nikt nie poprzestaje na opinii jednego specjalisty. I wtedy pojawia się ON – znachor, który mówi, że wyleczył tysiące ludzi. Że chemioterapia wyniszczy komórki nowotworowe, ale i te zdrowe. Że będziesz się tragicznie czuł podczas leczenia, przejdziesz straszną drogę a i tak nie wiadomo, czy się uda. Proponuje wizyty u siebie, magiczne zioła i obiecuje, że pomoże. Ale MUSISZ zrezygnować z leczenia w szpitalu. Ty wiesz, że to jak opisuje chemioterapię, nie jest wyssane z palca. Skąd wiedzieć, czy ten znachor jest faktycznie szamanem znającym się na ziołach, mnichem, oszustem i naciągaczem, a może zwykłym idiotą, który myśli, że ma moce uzdrawiania. Podpowiem Ci, co powinno zwrócić Twoją czujność. Jeśli namawia Cię do odrzucenia medycyny konwencjonalnej, nastawia wrogo do onkologów i lekarzy, proponuje metody, o których skuteczności wie tylko on sam, zachęca do terapii wiążących się z dużym ryzykiem utraty zdrowia, i za to wszystko podaje kosmicznie wysokie ceny – zastanów się kilkanaście razy. I daj sobie z tym spokój.

Nie mogę pojąć, jakim trzeba być człowiekiem, żeby namawiać innych do zmiany sposoby leczenia. Ot tak. Dla zysku, dla awansu w pracy, dla… nie wiem dlaczego. Naprawdę nie wiem, co kieruje takimi ludźmi. I jak będąc poważnym, dorosłym człowiekiem można wziąć na siebie tak wielką odpowiedzialność, żeby brać na swoje barki czyjeś życie? Pomijając fakt, że najwięcej mówią Ci, którzy nigdy nie chorowali – Jeśli chcesz się leczyć alternatywnie, rób to. Ja nie mam nic przeciwko. Ale NIGDY nie namawiaj do tego innych. NIGDY.

To trudne. Stoisz pod ścianą. Ktoś obiecuje Ci wyleczenie z pominięciem tych wszystkich strasznych etapów, o jakich opowiada Ci onkolog. Bez skutków ubocznych, bez cierpienia i łez. Kuszące. Ale często i bez szans… na życie.

Medycyna i natura powinny iść ze sobą w parze. Nigdy osobno.

Omijaj ludzi hien.