Idzie nowe, czyli co dalej z blogiem, kiedy brzuszek rośnie!?

Kiedyś powiedziałam Wam o tym, że wszystkie doświadczenia, jakie spotkały mnie przez ostatnie trzy lata nauczyły mnie ważnej rzeczy – niczego od życia nie oczekiwać. Nie, nie oznacza to biernego przyjmowania wszystkiego, co się dzieje, a jak się wali, to stać i przyjmować ciosy. Wtedy trzeba wyjąć parasol, przeczekać, czasem uciec, niekiedy zrobić krok do tyłu lub daleki skok do przodu. Nauczyłam się nie oczekiwać, ale zdecydowanie wszystkiego spodziewać.

Takie podejście jest trudne, trzeba to jasno powiedzieć. Bo skoro decydujesz się, spodziewać wszystkiego, to to wszystko może zaskoczyć. I dobrze i źle. Tak już w życiu jest, że nigdy nie jest się cały czas na szczycie, zwyczajnie tak się nie da. Tak jak nie można cały czas być w dołku. Życie to sinusoida, raz wyżej, raz niżej – najważniejsze, to zdawać sobie z tego sprawę i próbować działać tak, żeby z każdej sytuacji było wyjście. Kiedy jesteś w dołku starasz się, że z niego wyjść, robisz co w Twojej mocy, żeby poprawić swoją sytuację. Bo wiesz, że to często chwilowe. A kiedy jesteś wysoko, na szczycie? Wiesz, że z przydziału tam nie jesteś i to miejsce bez Twojej pracy samo się nie utrzyma. Nie da się spocząć na laurach w nadziei, że tak już będzie zawsze. Trzeba pracować, ciężko pracować. Żeby nie wpaść w dołek, nie zachłysnąć się dobrobytem i tym, że nieraz wszystko nam łatwo przychodzi. A dobrobyt łatwo uderza do głowy.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że on też wszystkiego się spodziewa. Nie może w nocy spać, bo martwi się o dziecko. Kiedy zachoruje, ma w głowie same czarne scenariusze. Jeśli za dobrze mu idzie to wie, że zaraz ten stan minie i stanie się coś strasznego. Gdy ktoś jest dla niego za miły, szuka podstępu. Tak, tak jak ja spodziewa się od życia wszystkiego.

A jednak nie…

Bo ja spodziewając się wszystkiego nie popadam w paranoję. Zdaje sobie sprawę z gorszych wydarzeń, ale zakładam raczej optymistyczne wersje. Spodziewać się wszystkiego, to dla mnie przede wszystkim nauka doceniania życia tu i teraz. Skoro tak bardzo namacalnie wiem, że życie nie ma gwarancji, za to ściśle określony termin ważności, staram się wycisnąć z niego ile się tylko da.

Ten rok od samego stycznia jest pasmem niesamowitych niespodzianek i zaskoczeń od życia. Minęło pół roku, mamy początek lipca, a wydarzyło się tyle, ile czasem przez cały rok, albo i więcej. Mówi się, że człowiek powinien uważać na to, o czym marzy. Bo kiedy marzenia zaczynają się spełniać, czasem trudno zatrzymać karuzelę, ale trzeba być na nią gotowym. Bo… kiedy życie robi niespodzianki, nieraz wszystkie rzuca na raz. Na jeden raz.

Czy te dwie kreseczki na teście ciążowym, w Walentynki, wywróciły nasze życie do góry nogami? O tak, ale za to jak pozytywnie i radośnie! Ludzie często zastanawiają się, kiedy jest najlepszy czas na dziecko. Może najpierw praca i mieszkanie, a potem dziecko? Studia? Może lepsza umowa i podwyżka? Wciąż mamy za małe zaplecze finansowe. Jeszcze jeden projekt i zaczynamy starania. Ja też kiedyś myślałam, że w życiu można sobie wszystko zaplanować, łącznie z tym, kiedy będziemy mieli dzieci i ile. Rzeczywistość jest zupełnie inna. Bo tak naprawdę NIGDY nie ma idealnego czasu na dziecko, NIGDY. Zawsze coś mogłoby być lepsze, zawsze czegoś moglibyśmy mieć więcej. Zawsze dzieje się tyle, że trudno wybrać moment, w którym świadomie chcemy zastopować. Bo nie da się być 100 procent mamą, 100 procent pracownikiem i 100 procent dokładnie ogarniać dom. Przynajmniej na początku trzeba z czegoś zrezygnować. Trzeba poświęcić coś, żeby mieć coś. Doba ma tylko 24 godziny, a kiedy maluszek jest na pokładzie, te 24 godziny lecą szybciej, niż kiedykolwiek. Ale kiedy trafia Ci się cud…

I nam się taki cud trafił! Cud, który za trzy miesiące dołączy na naszego #wilkiteam. Był czas, zwłaszcza w trakcie pierwszego trymestru, że mocno zwolniłam. Czułam się tak fatalnie, że nie byłam w stanie normalnie funkcjonować przez kilka tygodni. Wtedy totalnie odpuściłam, wzięłam sobie wolne, że odpocząć i dać organizmowi oddech, w końcu on też dostawał mocno w kość. Kiedy wszystko się unormowało, kiedy odzyskałam siły, jedzenie znów zaczęło się mnie trzymać, a od lekarzy usłyszałam, że wszystko dobrze, wróciłam do pracy. I mam plan.

Na ten rok planów miałam wiele, ale w tym momencie maluszek jest na pierwszym miejscu – resztę odłożyłam na wiosnę. I nie, nie oznacza to, że wraz z porodem zniknę stąd, jak misiu schowam się do jaskini i wrócę na wiosnę 🙂 Planuję tutaj być tyle, na ile maluszek w pierwszych tygodniach mi pozwoli. W końcu cały czas opowiadam Wam o tym, że szczęście jest proste – więc i ja zamierzam go celebrować w pełni! I tak, z pewnością do świąt będzie mnie mniej, ale będę. Blog to moja praca, to moje spełnienie marzeń, to miejsce, które otwiera mi mnóstwo drzwi, dzięki którym kroczek po kroczku mogę spełniać marzenia.

Jeszcze przed porodem, bo we wrześniu mam zaplanowany ebook tarczycowy, bezpłatne wsparcie dla pacjentów, którzy są na początku drogi w walce z rakiem tarczycy – poradnik od strony pacjenta, pełen wsparcia, praktycznych wskazówek, informacji i spokoju, którego w tym czasie potrzeba. Ebook darmowy – planuję tutaj coś jeszcze, ale daje sobie czas, bo nie wiem, ile będę w stanie zrobić.

Miałam plan na jeszcze jedną, dużą rzecz. Skrupulatnie rozłożoną na czynniki pierwsze i rozplanowaną od A do Z. Potrzeba tutaj jeszcze klepnięcia i machina ruszy. Jednak z tym poczekam pewnie do wiosny – chcę, żeby to było naprawdę coś EXTRA! Dlatego daję sobie jeszcze trochę czasu. Bo kiedy maluszek przyjdzie na świat, czasu będzie potrzebował on. I ja mu chcę go dać.

W te wakacje planuję Was jeszcze troszkę rozpieścić, wrócić do cyklu ABC szczęśliwego życia, mam nadzieję, z Waszą pomocą skompletować wyprawkę dla smyka i z radością wyczekiwać października 🙂 I tak, nie da się ukryć, że na blogu pojawi się odrobina tematów okołodziecięcych, ale to wciąż nie będzie blog parentingowy – nie oszukujemy, zupki i kupki to będzie element mojej codzienności 🙂

Zachęcam też do śledzenia profilu na Instagramie, gdzie codziennie poprawiam ludziom humory i opowiadam same pożyteczne historie z życia wzięte… No dobra, może mniej pożyteczne, ale daję dużo dobrej energii 🙂 Na instagramie trwa też cały czas wyzwanie #szczęściejestproste – wrzucacie na instastories zdjęcie Waszego prostego szczęścia, dodajecie #szczęściejest proste i oznaczacie mój profil, żeby jak najwięcej osób przekonało się, że szczęście naprawdę jest proste! Pod koniec miesiąca wysyłam do trzech osób fajne nagrody 🙂 I tak się bawimy!

Na Instagramie jestem tutaj —> @kinka_karolina_wilk

To co? Damy radę, prawda?