Dlaczego pracuję tak, jakbym zarabiała miliony?

Mój kolega z dawnej pracy miał taką koszulkę z napisem: „Pracuję tak, jak mi płacą”. Czarna, prosta z białym napisem. Przychodził w niej na dyżury. Była dość zabawna… Zawsze wychodząc z redakcji myślałam o tym, czy ja faktycznie nie powinnam się przestawić. Umówmy się, nie zarabiałam kokosów, a pracowałam po godzinach, resztę kończyłam w domu. Dawałam z siebie wiele, z czasem nasze drogi się rozeszły – I do dziś nie pracuję tak, jak mi płacą. Czyli odwrotnie, inaczej niż mówił napis na koszulce.

I wcale nie chodzi mi o to, żeby ścierać się w pracy, w której zarabiasz grosze, jesteś wyzyskiwana, źle traktowana i nie masz perspektywy rozwoju. Z takiego miejsca trzeba uciekać. Skąd więc we mnie do dziś przekonanie, że praca nie zawsze jest adekwatna do sytuacji? Chodź, opowiem Ci historię.

Kiedy trzy lata temu zaczynałam pisać bloga, byłam kompletnie zielona w temacie. Blog, jak dobrze wiecie, miał być moją odskocznią od życia, od choroby, wypełnić czas między leczeniem a leczeniem. Pisałam o wszystkim i o niczym, nie widziałam, jak długo będę go prowadziła. Z czasem zaczęłam się w to coraz bardziej wkręcać, poświęcać więcej czasu, czytać książki, robić kursy. Po kilkunastu miesiącach stwierdziłam, że blog może być moim sposobem na życie. W końcu zaczęłam robić to, co zawsze kochałam – jestem z wykształcenia dziennikarką, uwielbiałam tę pracę! Pracowałam w redakcji dziennika, w radiu lokalnym, miałam kilka epizodów z telewizją lokalną. I nie wyobrażam sobie robić coś innego w życiu. Blog daje mi ogromną swobodę – mogę pisać o czym chcę, tak jak to czuję. Moje teksty nie przechodzą przez redaktora, wydawcę, którzy mogą je zmienić lub narzucić im inny kierunek. Sama dobieram marki, z którymi chcę współpracować, które są zgodne z moim sposobem życia, których używam na co dzień. W redakcji tego komfortu nie ma – reklama, to reklama. Jeśli jest zgodna z polityką firmy, trzeba o niej napisać. Nasza polityka mało kogo interesuje.

Blogowanie to mój sposób na życie, to miejsce, dzięki któremu otworzyło się wiele drzwi, do spełniania marzeń – i nie będę tego ukrywała, bo doskonale o tym wiecie. Często o tym mówię. Bo to sama prawda. Blogowanie, to też wymagająca praca – nie, nie ciężka. Ale bardzo pracochłonna i mocno eksploatująca. Zwłaszcza w momencie, kiedy poświęcacie jej mnóstwo pracy. I ja tak od początku traktuję mojego bloga – na poważnie. Z ogromnym poszanowaniem dla Czytelników, których uwielbiam!

Ktoś mnie kiedyś zapytał, czy nie lepiej teraz tak przekoczować, a wziąć się za blogowanie na poważnie w momencie, kiedy praca zacznie przynosić pieniądze. Moja odpowiedź była jednoznaczna: NIE.

Dawno temu, jeszcze będąc na studiach, kilka lat szlifowałam warsztat w lokalnej rozgłośni. Tam nauczyłam się bardzo dużo o zawodzie, ale i poznałam wszystko od drugiej strony – to było miejsce, gdzie w końcu mogłam wcielić teorię w praktykę. Pamiętam jak dziś okres, kiedy w niedalekiej miejscowości przeszła trąba powietrzna. To było straszne wydarzenie, mówiła o nim cała Polska. Jeździłam jako reporterka w tamte strony, rozmawiałam z ludźmi, dokumentowałam wydarzenia. Złe warunki atmosferyczne sprawiały, że radio przez jakiś czas działało tylko przez internet – przez odbiornik nie dało rady. Siedzieliśmy rano, w sobotę, w redakcji. Zbliżała się godzina serwisu informacyjnego. Koleżanka, która była wydawcą, sprawdziła, że słucha nas przez Internet pięć osób. PIĘĆ! Zaledwie pięć. Zdecydowała, że dziś serwisu nie robi. Minutę po tym, jak miał wystartować serwis, do pokoju dziennikarzy wpadły naczelny z pytaniem, dlaczego nie wypuściła wiadomości. Koleżanka wzruszyła ramionami, odwróciła się do naczelnego i powiedziała:

  • Bo słucha nas pięć osób. Nie opłaca się wypuszczać serwisu dla pięciu osób. 

Naczelny wziął głęboki oddech, i powiedział bardzo wyraźnie, takim tonem, jakby miało to oznaczać: „słuchajcie, bo nie będę powtarzać”:

  • Mnie nie interesuje to, ile osób nas słucha. Macie pracować tak, jakby słuchały Was miliony. Starać się dla nich, podawać rzetelną wiedzę i przekazywać informacje, na które czekają. Za to Wam płacę niemałe pieniądze. Robić to z pasją, zaangażowaniem i misją dziennikarską. ZAWSZE. Nie ma znaczenia, ile osób jest po drugiej stronie. Nawet, jak słucha Was pięć osób. Z szacunku do tych pięciu osób. Za to, że są, za to że zaufały. Szanuje się ludzi nie tylko wtedy, jak mamy z tego korzyść. Ludzi szanuje się zawsze. 

Ta sytuacja, jak żadna inna, utkwiła mi mocno w pamięci. Ale i dała do myślenia. Od kiedy prowadzę bloga, tak właśnie podchodzę do tematu. Nie daję tekstów zapchajdziur, bo za bardzo Was szanuję. Was i Wasz czas, jaki poświęcacie na czytanie bloga. Dodaje teksty o raku tarczycy, które tak naprawdę dotyczą ułamka procentu osób, jakie tu przychodzą – ale niech przeczyta je te pięć osób, które dostaną siły u uwierzą, że dadzą radę pokonać chorobę. To trochę tak, jak z tym memem – poszedłem na siłownie, nie wziąłem komórki, i jak teraz pokażę innym, że ćwiczyłem, po co ćwiczyć. Nie wszystko w życiu robi się dla poklasku, nie wszystko robi się dla pieniędzy. Ale kiedy robicie coś swojego, zwłaszcza kiedy zaczynacie – róbcie to tak, jakbyście zarabiali na tym miliony. Z szacunku do ludzi, którzy Wam zaufali. Wysoka jakość należy się wszystkim.

Nie da się pracować na pół gwizdka – zwłaszcza, kiedy spełniasz swoje marzenia. A oprócz wizji pieniędzy, masz też wizję… misji.