A Tobie, który szkolny przedmiot przydał się w życiu?

Tłuką nam do głowy od najmłodszych lat, że wszystko, czego uczymy się w szkole przyda nam się w życiu. Aha. Znacie ten ból, który przedstawia zdjęcie poniżej? Minęło tyle lat, a ja wciąż zastanawiam się, kiedy mi się przyda sinus i cosinus… No właśnie, ja też go znam. Które lekcje wpłynęły na wybór Waszej życiowej drogi? I czy wiedza przekazywana na nich rzeczywiście przydaje Wam się w pracy i życiu? Mój syn rozgryzł system w wieku niespełna czterech lat 🙂

nowy-obraz

Najpierw krótka historia.

Pojechałam z synem do lekarza. Siedzimy na poczekalni, rozmawiamy. W pewnym momencie Kacper pyta mnie:
– Mamo, a dlaczego jak jest się chorym to jedzie się do lekarza?
– Pani doktor zna się na chorobach. Bada nas, mówi co nam dolega i przepisuje odpowiednie leki.
– Ale skąd ona to wszystko wie?
– Kochanie, Pani doktor bardzo dużo się uczyła o chorobach i lekarstwach i teraz, kiedy ktoś jest chory i do niej przychodzi, to ona wszystko wie i pomaga ludziom
– Aha! A nasz tata to się dużo uczył o maszynach, bo kiedy ktoś chce kupić traktor albo wóz paszowy to dzwoni do niego, prawda?

Odpowiedziałam, że tak. Choć tata w szkole nie uczył się o traktorach, a biegał po Stadionie Olimpijskim.

I tak po tej rozmowie zaczęłam się zastanawiać, czy przedmioty, których uczymy się w szkole faktycznie przydają nam się w życiu i czy pomagają obrać życiową drogę. Celowo nie poruszam tutaj tematu studiów. O ile w szkole cieszyłam się, kiedy lekcje przepadały, o tyle na studiach żal było mi opuszczać zajęcia, bo uczyłam się tego, co bardzo mnie interesowało. Fantastycznie prowadzone zajęcia, zaplecze dydaktyczne, świetni wykładowcy, którzy w lekki sposób przekazywali wiedzę. Wiedzę, którą wiedzieliśmy jak przełożyć na praktykę.

img_7901

Oczywiście, w szkole uczymy się wszystkiego po trochu. I tego potrzebujemy. Gdyby nie polski, nie potrafiłabym pisać, sadziłabym błąd za błędem, nie potrafiłabym analizować tekstów, nie poradziłabym sobie na dziennikarstwie i nie dostałabym wymarzonej pracy. Gdyby nie języki obce, nie tylko nie dogadałabym się za granicą, ale i nie poradziłabym sobie z prostą instrukcją po angielsku, nie zrozumiałbym tekstu piosenek i żyłabym w przekonaniu, że polskie piosenki są do bani, bo mają beznadziejne teksty, a anglojęzyczne super.  Dzięki biologii, dużo łatwiej zrozumieć mi psychologię, a dzięki matematyce i fizyce – logikę, a także podstawy ekonomii. Mój mąż skończył AWF, a teraz zajmuje się czymś całkiem innym – pracuje w sprzedaży. Czy studia na Akademii Wychowania Fizycznego były mu niepotrzebne? Oczywiście, że były potrzebne, bo nauczył się tutaj m.in. wytrwałości podczas dążenia do celu, systematyczności, pracy w grupie czy samodyscypliny.

To wszystko, czego uczymy się w szkole to są podstawy. Podstawy, które są ważne, które wypada znać. Uważasz, że są niepotrzebne, bo szkoła nie uczy życia? A czy w pracy zawsze robisz to, co lubisz? A czy w życiu nigdy nie masz pod górkę? A czy nie podlegasz okresowej ocenie w pracy? A czy to nie przypomina Ci sprawdzianu? Tak samo jak w szkole, tak samo w życiu – jesteśmy rozliczani z tego, co robimy, jak się staramy. I tak samo w szkole, jak i w życiu, te oceny nie zawsze są sprawiedliwe, a wszystkiemu towarzyszy stres.

Byłoby dużo łatwiej, gdybyśmy uczyli się chemii i fizyki tak, żebyśmy wiedzieli, że te dziwne eksperymenty i teorie mają przełożenie w praktyce. Chociażby w kuchni. Gdybyśmy na angielskim uczyli się języka mówionego, żeby spokojnie się dogadać, a nie tylko wkuwać słówka. Czy historii nie można opowiadać tak, żebyśmy się czuli, jakbyśmy oglądali wciągający film? Robić to tak, żeby obudzić w nas pasję, żeby przedmioty których się uczymy, faktycznie przydały nam się w życiu?

20150828_090946

Pisząc to dochodzę do wniosku, że to, jak prowadzone są zajęcia zależy w dużej mierze od nauczycieli. W każdym zawodzie pracują ludzie z powołania i ludzie, którzy po prostu przychodzą do pracy.

A przepraszam, mam jeszcze jeden wniosek. Choć jestem typowym humanistą, matematyka jednak w życiu przydaje mi się na co dzień. Wiecie czego mnie nauczyła?

Życiowe problemy rozwiązuje się tak, jak matematyczne równanie.
Sprowadzeniem do najprostszej postaci.