Poród dobitnie uświadomił mi, że nie mam już 18 lat

„Niby 40 w dowodzie, a ja wciąż się czuję, jakbym była w liceum i miała 18 lat. Beztroska, dwa warkocze i tłum ludzi wokół. Kompletnie nie czuje się na swoje lata” – powiedziała moja znajoma, kiedy rozmawialiśmy o wieku. Czy zazdroszczę jej młodego ducha? Nie , raczej nie. Bo sama czuję się ze sobą dobrze, a nawet lepiej niż 14 lat temu. Bo choć sama nie czuje się na 18 lat, a 30 plus, nie zazdroszczę. I nie chciałabym znów mieć 18 lat.

Trzy miesiące temu urodziłam drugie dziecko. Wyczekane, wymodlone, wychuchane. Kiedy wczoraj karmiłam ją przed snem, zdałam sobie sprawę z jednej rzeczy – czuję się na swoje lata. Początkowo się przeraziłam, powiedziałam nawet Radkowi, że chyba się starzejemy, bo wyraźnie odczuwam, że nie mam już tych 18 lat. Chwilę potem uśmiechnęłam się sama do siebie i zadałam sobie pytanie : „Czy ja chcę się znów czuć na 18 lat?”. Nie, wcale nie chce.

Bardzo się bałam tej ciąży, bałam się jej przebiegu. Bałam się, czy dam radę poradzić sobie z małym dzieckiem po tak długiej przerwie, czy pamiętam jeszcze jak zmienia się pampersy, bo ostatniego przebrałam 5 lat temu. Czułam, jakbym po 7 letniej przerwie rodziła kolejne pierwsze dziecko. Doskonale pamiętałam strach , kiedy urodził się Kacper. To, jak nie potrafiłam sobie z różnymi rzeczami poradzić, jak uczyłam się macierzyństwa, jak przechodziłam baby blusa. Był malutki, tak mały, że body zakładałam mu początkowo przez nogi, bo bałam się podnieść główkę. Teraz miałam podobne obawy. „Nie masz już 25 lat, masz 32 będzie trudniej „ – myślałam. I bardzo się myliłam. Bo myliłam starzenie się z dojrzałością.

Jeden : ból może być piękny

Pierwsza myśl, że jest inaczej, a wiem, że jest plusem, przeszła mi przez głowę podczas porodu. Nie panikowałam, a za namową męża podeszłam do tematu zadaniowo. Jest skurcz, trzeba zacisnąć zęby, skupić się na oddychaniu przeponą, a jak nie pomaga, gryźć koszulkę męża. Dużo łatwiej wykonywało mi się polecenia położnej. Nawet wtedy, kiedy powiedziałam, że ja już idę do domu, nie mam już siły. Posłuchałam, kiedy położna z uśmiechem powiedziała, że nie opłaca się iść, bo za 2 minuty będzie po wszystkim. Poród był bardzo szybki, za to bardzo świadomy. I choć końcówka bolała jak diabli, dla mnie i Radka było to cudowne przeżycie.

Nie wiem, czy to podejście do bólu, czy świadomość, że to dziecko jest naszym cudem. Wiesz, ile nerwów, ile testów ciążowych ciśniętych w kąt, ile łez i strachu Cię to wszystko kosztowało. Nie wiem, czy to nie wydarzenia ostatnich lat sprawiły, że ból stał się pojęciem względnym. Ból, który przynosi łzy, a rodzi radość. Bo to walka o coś pięknego, więc płaczesz, ale wiesz, że na końcu czeka na Ciebie nagroda. Moje podejście do bólu zmieniło się podczas leczenie nowotworu – początkowo płakałam z bezsilności, później z trudu walki. Z zawziętości, bo bardzo chciałam wygrać. I choć kiedyś byłam pewna, że ból jest czymś strasznym, dziś traktuje go jako etap przejściowy. Który minie.

Dwa : bliskość jest na wagę złota

Kiedy cztery godziny po porodzie przyszła do mnie położna, byłam pełna energii. Radek śmiał się, że nawet tusz do rzęs mi się nie rozmazał – bo choć było ciężko, to wszystko trwało krócej niż 3 godzin, więc nie wymęczyłam się w dużym stopniu. Pielęgniarka zbadała mnie, zapytała jak się czuje i zaproponowała, że jeśli mam siły, mogę iść się wykąpać. Mój mąż się uparł, że idzie ze mną. Choć w głębi serca chciałam ramię do podparcia, nie chciałam go wymagać w tej chwili. Nie wiem dlaczego, ale powiedziałam, że wykapię się sama, bo to raczej przyjemny widok nie jest – obolałe ciało po porodzie, krew. Radek popatrzył na mnie, prychnął i stwierdził, że nie ma mowy. Kiedy tak staliśmy pod prysznicem, a mąż pomagał mi się umyć, pomyślałam, że jestem naprawdę szczęściarą. Przywiązanie, jakie wytworzyło się przez te 14 wspólnych lat jest czymś magicznym. I wiem, że nie każdy mąż ma siłę być przy porodzie, patrzeć na ból i rodzące się dziecko, nie każdy ma siłę iść z żoną pod prysznic, patrzeć na wymęczone ciało i ogarnąć ilość krwi. Bo to trudne i absolutnie nie oceniam, że ktoś nie daje rady. Bo może i lepiej, że przyzna iż nie ma siły na to patrzeć, niż miałoby się to odbić później na ich relacji. Bo my się nie starzejemy, my dorastamy do pewnych sytuacji. I do tego, żeby w pewnych wydarzeniach być razem i tego, żeby jednak zrobić pewne rzeczy osobno. Tak, bliskość to też sztuka powiedzenia „nie”.

Trzy: to Ty masz się czuć dobrze

Kiedy urodziłam pierwsze dziecko, czułam się przytłamszona ilością dobrych rad. Rad, które chciałam za wszelką cenę spełnić, żeby zadowolić otoczenie. Rad, których nie chciałam podważać, żeby nikogo nie urazić. Rad, które często wpędzały mnie w poczucie winy. Mój synek źle przybierał na wadze. Po kilku tygodniach wprowadziłam dodatkowo mleko modyfikowane. Moje poczucie winy rosło z każdą kroplą mleka z butelki: że jestem złą mamą, że nie walczę o laktację, że nie daję dziecku tego, co najlepsze. Oczekiwania otoczenia nie ułatwiały sprawy – bałam się strasznie durnego pytania: „Karmisz?” i od razu miałam potrzebę tłumaczenia się, dlaczego dokarmiam. Bardzo źle wspominam tamten okres, a przecież wystarczyło szczerze pogadać z samym sobą. Bo czy naprawdę było się czym przejmować? Przecież w głębi serca byłam przeszczęśliwa, że syn zaczął ładnie przybierać na wadze. Teraz było zupełnie inaczej. Od razy założyłam, że kiedy pojawią się problemy z karmieniem, wprowadzę mm. Kupiłam zestaw butelek, odpowiednie mleko i kiedy przyszedł czas, bez wyrzutów sumienia podałam dziecku butelkę. Czy czuję się przez to gorsza? W życiu! Jestem spokojna, bo dziecko jest zadowolone i ładnie rośnie. Dobre rady wysłuchuje, ale co z nimi zrobię, to już moja sprawa. A na pytanie: „Karmisz?”, odpowiadam, że tak. Bo karmię.

Zostanie po raz drugi mamą, po kilku latach… jest dla mnie zupełnie innym macierzyństwem. Spokojniejszym, radośniejszym, pełnym celebracji momentów – kiedyś czekałam z utęsknieniem, aż zacznie siadać, mówić, zrobi sobie sam kanapkę. Dziś mówię: „Chwilo trwaj”, bo wiem, że to wszystko minie szybciej, niż mi się wydaje. To, co wtedy wydawało mi się wiecznością, dziś jest jak sen. Ja się nie zestarzałam, ja dojrzałam. I ten stan jak najbardziej mi pasuje. Mam 32 lata, na tyle się czuję, na tyle jestem szczęśliwa. Bo to, że czuję, iż nie mam już 18 lat to prawda – tylko to dla mnie żaden powód do wstydu, a do radości. Bo życie z biegiem lat nie jest łatwiejsze, jest pełniejsze i piękniejsze.

 

Znajdź mnie na INSTAGRAMIE – @kinka_karolina_wilk