Lekcja z życia

Ludzie, szczególnie młodzi, myślą że są nieśmiertelni. Powtarzają często głupie powiedzenia w stylu Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. Marnują życie, odkładają marzenia, zaniedbują to, co ważne. Przecież będzie jeszcze czas, wszystko się zrobi. Jestem jeszcze młoda. Aż pewnego dnia dowiadują się, że ich życie jednak ma termin ważności. Takie brutalne zderzenie z rzeczywistością. Chodź, opowiem Ci moją historię.

To było zimowe popołudnie. Drzewa były lekko obsypane śniegiem, drogi całkiem przejezdne. Nie pamiętam czy padał śnieg, czy nie. Było całkiem rześko. I miło. Byłam w 8-mym tygodniu ciąży. Jechaliśmy z mężem do endokrynologa. Nic się nie działo, byłam zdrowa. Regularnie robiłam wszystkie badania krwi, w tym TSH, Ft3 i Ft4. Nic nie budziło zastrzeżeń. Teraz moje TSH było na granicy normy dla kobiet w ciąży. Wiedząc, że obie moje przyjaciółki miały problemy z tarczycą w ciąży, zapisałam się profilaktycznie na badania. Lekarz powiedział, że wszystko w porządku, przepisał leki. Jednak wizyta u niego była dla mnie mało komfortowa i postanowiłam na kolejną pojechać do innego lekarza. I tak trafiłam do doktora Sławka. Przeczytał opis od poprzedniego lekarza i zaprosił mnie na USG. Chwilę pogadaliśmy, pożartowaliśmy aż w końcu doktor powiedział, że widzi na mojej tarczycy dwie niewielkie zmiany. Przeraziłam się, tym bardziej że poprzedni lekarz tego nie widział. Doktor wytłumaczył mi, że większość ludzi ma zmiany na tarczycy i niemal 99 proc. to zmiany łagodne. Ale moje od początku mu się nie podobały. Nalegał na szybką biopsję. Miałam totalny mętlik w głowie. Biopsja? Zmiany? Przecież jestem w ciąży! Co z dzieckiem? Doktor wytłumaczył mi, że biopsja jest bezpieczna i nie ma przeciwwskazań do wykonania jej w ciąży. Dał mi czas, żebym się zastanowiła.

Nie zdążyłam.

Trzy godziny po powrocie do domu dostałam krwotoku. Straciłam ciążę. Dzień przed swoimi 29 urodzinami miałam zabieg. Do domu wróciłam sama.

Ta strata kompletnie mnie rozbiła. Do tego myśl o zmianach na tarczycy, które od początku sugerowały coś poważnego to… to było dla mnie za dużo. Zbyt wiele. Nie potrafiłam sobie tego poukładać w głowie, racjonalnie wytłumaczyć. Przecież jestem młoda, jestem zdrowa, wszystkie badania były w porządku. Dlaczego straciłam dziecko? Dziecko, na które tak bardzo czekaliśmy. I ta tarczyca. Skąd? Przecież dobrze się czuję, nie mam niedoczynności, nie mam nadczynności. Wszystko jest w normie.

Prawie dwa tygodnie od chwili powrotu do domu, czyli moich urodzin, miałam wyjęte z życia. Leżałam, spałam, płakałam. Nie miałam siły. Nie chciałam mieć siły. Czułam pustkę i bezradność. Nie potrafiłam sobie pomóc. Nie pozwalałam innym sobie pomóc. Powoli się załamywałam.

Aż przyszedł ten dzień. Obudziłam się i stwierdziłam, że jak dzisiaj nie wstanę z łóżka, to się załamię. I nie wstanę przez następne dni, tygodnie. Znalazłam na tyle wewnętrznej siły, żeby podjąć walkę. Uwierzyłam w to, że mogę ją wygrać.

Dzisiaj wiem, że to był dzień, w którym pogodziłam się ze stratą i z tym, co miało się wydarzyć. Byłam na to gotowa.

Zadzwoniłam do doktora Sławka, umówiłam się na biopsję. Zaprosiłam przyjaciół, zrobiłam zaległe urodziny. Pojechałam do mojej pani ginekolog. Pamiętam, że kiedy siedziałam u niej zapłakana, ona przytuliła mnie i powiedziała: Dziecko pamiętaj, wszystko w życiu dzieje się po coś. Wiem, że to boli. Ale może to stało się po coś. Takie rzeczy nie dzieją się bez przyczyny.

W połowie kwietnia pojechałam na biopsję. Siedziałam na korytarzu i z przerażeniem patrzyłam na osoby wychodzące z gabinetu z wielkim plastrem na szyi. Później okazało się, że strach był zupełnie niepotrzebny. Biopsję przeprowadzał mój lekarz, najlepszy endokrynolog pod słońcem, któremu zawdzięczam bardzo wiele. Zawdzięczam mu życie.

Na wyniki czekałam około dwóch tygodni. Kiedy zadzwonił telefon i żona doktora powiedziała, że są wyniki i mam przyjechać, bo doktor chce je ze mną przedyskutować… wiedziałam. Wiedziałam, co powie. Może dlatego tę wiadomość przyjęłam tak spokojnie. Rak brodawkowaty tarczycy. Nowotwór złośliwy. Nie płakałam. Trzymałam mocno męża za rękę.

Mój spokój zawdzięczam w dużej mierze właśnie doktorowi. To on wytłumaczył mi co i jak. Już podczas biopsji mówił, że jeśli okaże się ta zmiana rakiem, to mnie wyleczą. Uspokoił mnie i dał nadzieję. Dał mi to, czego wtedy potrzebowałam – spokój.

Kiedy wręczał mi wyniki, powiedział, żebym się nie bała. Że muszę mu zaufać, że powierza mnie w ręce najlepszych lekarzy w kraju. I że mnie z tego wyciągną. Że będę zdrowa. Że będę miała jeszcze dzieci. Że będę żyła długo i szczęśliwie. Bo rokowania są dobre. A nawet bardzo dobre.

Później wszystko potoczyło się szybko. Trafiłam na cudownego onkologa, któremu także wiele zawdzięczam. Nieco ponad miesiąc od odebrania wyników byłam już po operacji. Trwała długo. W trakcie okazało się, że mam przerzuty do węzłów chłonnych.

Trzy miesiące byłam na zwolnieniu lekarskim, żeby dojść do siebie. A później? A później nastąpiła lawina zdarzeń. Rzuciłam pracę, zamknęłam firmę, przestałam się użalać i narzekać. Bo to ciągnęło mnie w dół, potęgowało załamanie. Zaczęłam żyć. Zawsze byłam pozytywnie nastawiona do życia, do świata. Założyłam bloga, przed świętami przeszłam jodowanie. Żyję.

A teraz? Teraz dodatkowo jestem mu wdzięczna za wszystko, co się dzieje, za wszystko, co mam.  Za siłę, która pomaga mi się mobilizować i robić to, o czym zawsze marzyłam. Już nie odkładam na jutro, na kiedyś. Bo kiedyś może nie być. A ja nie chcę zmarnować życia. To jedno z takich życiowych zdarzeń, z których wyciągnęłam lekcję.

Czy jest mi czasem ciężko? Oczywiście! Mam niespełna 30 lat, cudownego męża, wspaniałego syna, całe życie przede mną. Boję się. Ale nie pozwalam, aby ten strach mnie zdominował. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że odwaga to nie brak strachu, ale panowanie nad nim.

I ja się boję, ale mimo strachu podejmuję wyzwanie.

***

Napisanie tego tekstu bardzo wiele mnie kosztowało. Zastanawiałam się nad nim bardzo długo, praktycznie od czasu, kiedy założyłam bloga. Teraz wiem, że musiałam to zrobić, aby zamknąć pewien etap w swoim życiu i zacząć kolejny. Odetchnąć. To moja lekcja z życia, z którą uczę się żyć, która mnie motywuje i pcha do działania. Która daje siłę i nadzieję. A ja chcę dać ją właśnie Wam.

 

EDIT!

Minęło pół roku. Przeszłam kolejne leczenie jodem radioaktywnym i… WYGRAŁAM! Jestem zdrowa! Pamiętajcie o profilaktyce. Rak wcześnie wykryty jest w całości WYLECZALNY!