Granie w gumę. O mamo, kto pamięta “dziesiątki”? Byłam w to naprawdę dobra. I choć mojemu mężowi trudno w to uwierzyć, widząc moją dzisiejszą pasję do sportu – dla niewtajemniczonych, to mój strój sportowy zażywa ruchu podczas kąpieli w pralce, a mój komunijny rower do dziś wygląda, jak nowy 🙂 Za to, kiedy tylko wspomnę o syropie z cebuli, to oboje sobie “ojojamy” i dokładnie wiemy, co drugie z nas czuje. I założę się, że kiedy napiszecie mi swoje “zabawne koszmarki” z dzieciństwa, to zaraz mi się przypomni i powiem z uśmiechem na ustach: “No tak, faktycznie. To dopiero było paskudne” 🙂 ! A takich “atrakcji” w dzieciństwie, to rodzice serwowali nam dość sporo. Pomijając zupę owocową, o jakiej ostatnio opowiadała mi koleżanka, zacznę od klasyku tamtych lat, czyli…
Stawianie baniek
Nie wiem, jakim cudem mnie to ominęło. Naprawdę. Doskonale pamiętam widok babci, która przychodziła do moich chorych kuzynek i stawiała im bańki na plecach. Pamiętam też do dziś ten zapach, jaki unosił się wtedy w domu. Wystarczyło zrobić krok przez próg, żeby pomyśleć: “Aha, ktoś jest chory. Bańki poszły w ruch”. I mimo, że sama nie wiem, jakie to uczucie, to do dziś, kiedy słyszę o stawianiu baniek, cierpnie mi skóra.
Buka? Ja jestem do dziś przerażona Hatifnatami 🙂
Pamiętasz je? Takie białe stworki, z machającymi rękami. O mamo, zamknę oczy i widzę ten przerażający wzrok. I brak wyrazu twarzy, przez co nigdy nie mogłam zrozumieć, czy one zrobią coś złego, dobrego, a może przejdą obojętnie tylko strasząc towarzystwo. Buka była “jakaś”. Wiesz, to trochę tak, jak z ludźmi – boje się tych, którzy w nic nie wierzą, nie mają priorytetów w życiu i za nic nie mogę odgadnąć ich intencji. Czy zostały mi to hatifnatach? Nie wiem, ale gdyby tak, to byłby jedyny pozytyw oglądania Muminków 🙂
Niedawno znalazłam wypowiedź Mamy Muminka o hatifnatach: “To taki rodzaj trollowatych zwierzątek […]. Przeważnie są niewidoczni. Czasem siedzą pod podłogami u ludzi i kiedy wieczorem robi się cicho, słychać, jak tam drepczą i szurają. Ale najczęściej wędrują dookoła świata, nigdzie się nie zatrzymują i nic ich nie obchodzi. Nigdy się nie wie, czy Hatifnat jest wesoły czy zły, zmartwiony czy zdziwiony. Jestem przekonana, że nie mają w ogóle żadnych uczuć” (Małe trolle i duża powódź). Tak. Wciąż mnie to przeraża.
Kożuch Z M L E K A . M L E K A
Mleka nie lubiłam nigdy. Ewentualnie gorące, z mikrofalówki, z płatkami kukurydzianymi i solą. Od dzieciństwa miałam bardzo wysublimowany gust kulinarny 🙂 I tak jem płatki do dziś. Zgadza się – mąż i dzieci nie mogą na to patrzeć. Za to kożuch przeraża ich tak samo, jak mnie. Jezu, kiedyś widziałam w jakimś programie kulinarnym, że zawijali jakiś smakołyk w kożuch i sprzedawali za gruby hajs w restauracji. Nie chciałabym do niej trafić. I za ta płacić. Never. Za to z dzieciństwa i historii kożuchowych zostało mi to, że do dzisiaj, kiedy zagotuje mleko, przelewam je z garnka do miseczki, przez SITKO. Żeby ewentualne kawałki kożucha zostały na sitku.
Drzemka
Doprawdy. Kiedy dziś pomyślę o tym, ile się wykłócałam z rodzicami, tupałam nogami i urządzałam dzikie histerie tylko po to, żeby nie iść spać w południe – sama się sobie dziwię. Co mi w tych drzemkach przeszkadzało, nie mam pojęcia. Człowiek nie musiał nic robić, żadnych obowiązków, mógł bezkarnie pospać sobie w południe i nabrać sił na wieczorne szaleństwa. I jeszcze, jak wstał, to mam podstawiała pod nos pyszny obiad. Ale nie. Bo po co? Kto chciałby tracić czas, na drzemkę.
Gdybyś teraz zaśpiewała: “Kto chce na drzemkę? Palec pod budkę, bo za minutkę, zamykam budkę” byłabym szybsza, niż prędkość światła. A dziś ani drzemki w południe, ale przespanej nocy 🙂
Syrop z cebuli
A syrop z cebuli to dopiero wierzchołek góry lodowej. Bo w dzieciństwie tych paskudnych specyfików było zdecydowanie więcej. Za to tu Cię zaskoczę, bo dorastając nie tylko nabrałam pokory do tradycyjnych receptur, ale zaczęłam je też robić. I mam wrażenie, że nijak nie przypominają TAMTYCH, za to są smaczne. I działają. A skoro dzieci po nie sięgają i nie straszą mnie, że jak podam jeszcze raz, to będą mieli traumy z dzieciństwa, to ja im wierzę. Naprawdę.I tutaj, w ramach ratowania dzieci przed traumami, ale i zadbania o ich oraz swoje zdrowie, chciałabym Ci z całego serca polecić GENIALNĄ książkę autorstwa mojego serdecznego kolegi Marcina, znanego Ci pewnie jako Pan Tabletka.
Zdrownik, czyli naturalne i tradycyjne przepisy na zdrowie i odporność – bo tak nazywa się książka, to ponad 400 stronicowa księga specyfików. Prostych i szybkich, a przede wszystkim absolutnie sprawdzonych, bezpiecznych, smacznych i zdrowych. Znajdziesz tutaj sprawdzone receptury na przeziębienie i wsparcie odporności, pierwszą pomoc w niestrawnościach, tradycyjne sposoby na wspomaganie urody oraz miód i produkty pszczele dla zdrowia i odporności.
Jako, że dla Marcina hasło “zróbmy wszystko, żeby tabletki nie były potrzebne” to piękna misja, mamy dla Was
kod na 10 procent zniżki na książkę – kod “Kinka”.
Korzystajcie, bo naprawdę warto. Mam, stosuję, polecam. A wiesz, że ja polecam produkty sporadycznie i tylko wtedy, kiedy je przetestuje wzdłuż i wszerz. KLIK do sklepu.



Gorzka czekolada
Właściwie to przyznam Ci się, że kiedy ktoś w dzieciństwie dawał mi gorzką czekoladę, to zawsze myślałam, że mnie… nie lubi. Serio! Bo jeśli się kogoś lubi, to powinno mu się dawać coś pysznego, czekoladę z karmelem, a przynajmniej chociaż… mleczną. Już może być bez orzechów.
Ale że gorzka?
Nigdy nie będę robiła tego swoim dzieciom.
Edit: robię to.
A Ty, czego nie lubiłaś w dzieciństwie? Co wspominasz z tych “śmiesznych koszmarków”? 🙂
Dołącz do mnie na instagramie!
Jestem Karolina. Pokazuję, że #szczęściejestproste
i piszę notatki z życia, które zmieniają codzienność!
Jestem tutaj:
@kinka_karolina_wilk










