Żyć normalnie, kiedy życie rozpada się na milion kawałków

Po operacji tarczycy byłam przeszczęśliwa. Silna, pełna energii i motywacji do działania. Wygrałam z rakiem, poukładałam wszystko w głowie, pozbierałam się po załamaniu. Na krótko. Niedługo później dowiedziałam się, że moja znajoma zmarła kilka dni po wycięciu tarczycy. 31 lat, trójka małych dzieci. Niepewność wróciła.

Dziwna jest jedna rzecz. Życie rozpada się na milion kawałków w ciągu sekundy. A żeby pozbierać je i naprawić potrzeba tygodni, miesięcy, czasem lat. Wiadomość o śmierci znajomej zwaliła mnie z nóg. Nie mogłam w to uwierzyć. Na jakiś czas straciłam grunt pod nogami. Odzyskałam go w pełni podczas jednej z rozmów z lekarzem.

Od połowy czerwca do grudnia zeszłego roku robiłam plany, analizowałam, wymyślałam i układałam moje życie na nowo. Większość rzeczy miałam realizować po zakończeniu jodowania (w raku tarczycy nie ma chemioterapii tylko leczenie radioaktywnym jodem).

Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że jodowanie wcale nie było ostatnim etapem mojego leczenia. Siedziałam u doktora, który dawał mi wypis i nie wierzyłam w to, co mówił. Że scyntygrafia wykazała niewielką zmianę i musimy kontynuować leczenie. Że pierwszą wizytę mam w marcu, w swoje 30. urodziny, a diagnostykę i hospitalizację w listopadzie. Siedziałam, patrzyłam na niego, do oczu cisnęły mi się łzy i czułam, jak znów tracę grunt pod nogami. Doktor chyba wyczuł moje przerażenie, bo powiedział mi coś, co zapamiętam do końca życia.

Najpierw zapytał mnie co robię, czym się zajmuję. Później – jak żyję. Jak planuję i układam to, co robię. Czy czasem nie popełniam tego błędu i nie podporządkowuję wszystkiego pod chorobę.

Wyczuł mnie. Tak robiłam. Planowałam co zrobię, jak wrócę z operacji, co po jodowaniu itp. A on mi powiedział, że popełniam błąd. Nie wiedziałam o co mu chodzi. Przecież jestem chora, muszę podporządkować się chorobie i wszystko robić niejako pod nią.

Zgodził się ze mną. Ale dalej się upierał, że robię to źle.

Tak na mnie patrzył, patrzył i zaczął mówić. Rak to choroba przewlekła. Nie możemy się z niej całkowicie wyleczyć i nikt nie da mi gwarancji, że ona za 30 lat nie wróci. Nie ma takiej opcji. Ale też nikt nikomu zdrowemu nie zagwarantuje, że za 5-10 lat nie zachoruje. Z moją chorobą jest jak z cukrzycą albo wrzodami żołądka – można mieć nad nią kontrole i nauczyć się z nią żyć.

Patrzyłam na niego z niedowierzaniem i zastanawiałam się, o co mu chodzi. Jeśli chciał mnie pocieszyć, to mu nie wyszło. Kompletnie, nie wyszło. Jeszcze bardziej mnie zdołował.

Ale doktor kontynuował swój monolog. Powiedział coś bardzo ważnego. Coś, co powtarzam każdemu, kto myśli i działa tak, jak ja kiedyś.

Z chorobą trzeba wygrać w głowie. Pogodzić się z tym, że ona jest. I żyć z nią. Albo inaczej – żyć mimo niej. Nie uzależniać swoich planów od tego, co może się stać. Bo to NIE MUSI się stać. Wpisać każdą kolejną wizytę w Instytucie w kalendarz, obok wyjazdów, spotkań i innych ważnych rzeczy do zrobienia. Traktować to jako coś naturalnego. I nie pozwolić, żeby to choroba zdominowała życie. Nie myśleć o niej cały czas. Robić swoje. Skoro dobrze się czuję, mam plany i marzenia, to mam je realizować. A dodatkowo się leczyć. Nie czekać aż się wyleczę całkowicie, bo nikt mi gwarancji na życie nie da.

Wiecie, tak jest ze wszystkim. Uzależniamy swoje życie od wydarzeń, na które nie mamy wpływu. Zamiast cieszyć się tym, co jest tutaj, co jest teraz – myślimy, jak to będzie fajnie, kiedy będziemy już zdrowi, kiedy dostaniemy wymarzoną pracę, kiedy coś się skończy, a coś się zacznie.

Zwlekamy, bo czekamy aż coś się pomyślnie wydarzy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Jak tylko X wyzdrowieje, to zaczniemy robić to i tamto. Jak tylko zdam egzamin, to zacznę codziennie ćwiczyć. Jak dostanę pracę, to pójdę na kurs językowy. Jak przestanę się martwić, to zrobię…

 A jak nic się nie wydarzy? Jak leczenie będzie dłuższe? Jak oblejesz egzamin?

To co zrobisz?

Będziesz mieć na koncie zmarnowane tygodnie, miesiące, a może lata.

Ja planuję. Wiem, co chciałabym zrobić w tym roku. Wiem, gdzie chciałabym być pod koniec tego roku. Snuję plany, co będzie za 10-20-30 lat. Myślicie, że jestem naiwna? Nie. Ja po prostu uczę się traktować chorobę jako coś, co jest, co trzeba leczyć, ale można z tym żyć. Uczę się.

Bo choroba, albo sytuacja w jakiej jesteśmy, zabiera bardzo dużo – ale nie zabiera wszystkiego. Nie zabiera siły walki, uśmiechu, marzeń, chęci i motywacji do działania. Na jakiś czas chowa je głęboko, ale nie zabiera.

A to, czy wykorzystamy je, to już nasza indywidualna sprawa.

Trzeba mieć odwagę i poukładać to wszystko w głowie. Tak jak powiedział mi doktor. I nie czekać AŻ coś się stanie. Działać, wbrew przeciwnościom. Albo się uda, albo się nie uda. Innej opcji nie ma. Ja dążę do tego, żeby się udało. A Ty?