Sekret rodzicielstwa idealnego

Czasem zastanawiam się, czy byłam gotowa na zostanie mamą w wieku, w jakim urodziłam dziecko. Czy w ogóle jest odpowiedni wiek na to, by zostać rodzicem? Czy wszystko wiedziałam, czy miałam wystarczająco dużo odłożonych pieniędzy na pampersy i mleko i wszystko inne na najbliższe miesiące, czy wiedziałam jak poradzić sobie z kolką, problemami z laktacją i miesiącami nieprzespanych nocy? Teoretycznie tak.

A teoretycznie nie oznacza praktycznie.

Zanim zostanie się rodzicem można przeczytać wiele mądrych książek, tak jak ja. Można mieć odłożone pieniądze i kilka lat praktyki w opiece nad innymi dziećmi. Ale na to, co dzieje się po zostaniu rodzicem chyba przygotowany nie jest nikt i wszystkiego się dopiero uczy. Stopniowo. Gdybym dzisiaj zadała Wam pytania, jakie zadają specjaliści przyszłym rodzicom adopcyjnym to gwarantuję Wam, że oblalibyście test. Gdyby mnie jeszcze przed urodzeniem dziecka ktoś zapytał, jaki model wychowania wybiorę, czy będę konsekwentna, jak się zachowam kiedy dziecko wpadnie w histerię w sklepie, albo co będę robiła kiedy będzie się buntowało – miałabym dwie opcje do wyboru. Albo powiedziałabym jakieś mądre rzeczy, które przeczytałbym w książkach i wyszłoby to mało wiarygodne, albo zwyczajnie powiedziałabym coś, co podpowiadałoby mi serce np. jak wpadnie w histerię to go przytulę, wezmę na ręce i wyjdę ze sklepu, a później dla uspokojenia zabiorę na lody. Jak nie zechce posprzątać pokoju po 10 mojej prośbie to zaproponuje żebyśmy zrobili to razem, albo krzyknę, a jak zaśnie to sama dokończę. I to pewnie w oczach psychologa byłoby mało wychowawcze i mógłby mi dziecka nie przyznać. I tutaj dochodzimy do sedna tego, co chcę Wam, rodzicom z okazji Dnia Dziecka przekazać.

Nikt z nas nie jest rodzicem doskonałym. Ja najwięcej o wychowaniu dziecka wiedziałam wtedy, kiedy rodzicem nie byłam. Doskonale wiedziałam co zrobić, żeby dziecko było grzeczne, znałam sposób na przespane noce, wiedziałam, że będę karmiła piersią przez pół roku bo to dla dziecka najlepsze. Wiedziałam też dużo innych rzeczy, prowadziłam strony poświęcone dzieciom w gazecie, odbyłam mnóstwo spotkań z psychologami, położnymi i pedagogami. I wtedy urodziłam dziecko. Zostałam mamą. I już taka doskonała nie byłam. Wszystkiego uczymy się w praktyce. Dobrze jest mieć solidne przygotowanie teoretyczne, ale punkt widzenia zmienia się od punktu siedzenia. Czasem niewychowawczo trzeba dziecko przekupić czekoladą, czasem trzeba włączyć  świnkę Peppę, żeby zjadło drugie śniadanie, czasem krzyknąć, choć miało się zawsze tłumaczyć. Albo włączyć piosenki, żeby napić się ciepłej kawy, pierwszej od tygodnia. Robię to.

A potem mam wyrzuty sumienia, kiedy opowiadam mężowi, że denerwowałam się, jak tysiąc razy prosiłam, żeby w końcu pozbierał klocki, że włączyłam bajkę, żeby zjadł obiad bo nie miałam już siły prosić, a potem strasznie się wkurzyłam, bo rozlał herbatę na stole. Byłam na siebie zła. A potem słyszałam, jak młody opowiadał tacie, że spędziliśmy świetnie cały dzień! Że pomagałam mu zbierać klocki i wrzucaliśmy je na punkty do koszyka, że pozwoliłam mu obejrzeć bajkę do obiadu, jego ulubioną. Że jak rozlała się herbata na stole, to zanim powycierałam stół pozwoliłam mu pobawić się na nim motorówkami.

Mam chwile słabości, są momenty w których jestem bezsilna, mam wszystkiego dość. Dzisiaj wiem, że to nie definiuje mnie jako złego rodzica. Czasem jestem dla siebie zbyt surowa i zapominam, że każdy może mieć gorsze dni. Nawet mama.

Najgorsze w rodzicielstwie jest to, że kiedy zostaje się młodym rodzicem, wszyscy wokoło stają się ekspertami od wychowania. Każdy wie, jak przewijać dziecko, co go boli, czy chce jeść, dlaczego płacze. Każdy ma sposób na kolkę. Inny. Lepszy od Ciebie. Jeden karze hartować, drugi zakładać czapeczkę. Jeden krzyczy, żeby dziecko dokarmiać mm, a drugi krzyczy, że co z Ciebie za matka, skoro dokarmiasz dziecko paszą. Młody rodzic ma straszny mętlik w głowie. Ja brałam sobie wiele tych rad do serca, za bardzo. Myślałam nawet, że jak ja mogę nadawać się na matkę, skoro wszyscy wiedzą lepiej ode mnie. Nie idźcie tą drogą. Duża praca mojego męża sprawiła, że zaczęłam sama iść za głosem serca. Teraz mogę wysłuchać czyjejś rady, ale to czy ją zastosuję, zostawiam dla siebie.

Jestem najlepszym rodzicem dla mojego dziecka – dbam o jego rozwój, nie biję go, przytulam, spędzam z nim czas, nie karmię fast foodami, nawet daję gorzką czekoladę, kocham go. A że reszty rzeczy dopiero się uczę? Co z tego, każdy musi się nauczyć.

W tym miesiącu czworo bliskich mi osób zostało rodzicami. Chcę Wam powiedzieć, że nikt nie był od początku rodzicem idealnym, choć pewnie większość uważa, że wszystko wiedziała od razu. Nieprawda. Każdy błądził jak dziecko we mgle, każdy miał dość po miesiącu nieprzespanych nocy, każdemu puszczają nerwy, każdy traci od czasu do czasu cierpliwość. Ale to nie znaczy, że się dziecka nie kocha, że się nie potrafi nim zająć, że jest się w końcu złym rodzicem. To oznacza, że jest się normalnym.

A kiedy dzień kończy się tak, jak ten dziś, kiedy dziecko pełne radości wspomina co robiliśmy, jakie pyszne lody były, że tata grał z nim w kręgle, a mamę ograł w krążki i z tego wszystkiego nie może zasnąć, serce rozpiera Ci duma a łezka kręci się w oku. I tak wymęczona patrzysz na niego, kiedy zasypia, i kiedy cichaczem chcesz wyjść z pokoju, on już prawie przez sen mówi: „Mamusiu, to był wspaniały dzień. Kocham Cię”. I zasypia.

I wtedy już wiesz, że jesteś najlepszą mamą pod słońcem. Dla swojego dziecka. I niczego więcej Ci nie potrzeba. Wygrałaś.