Zdrowe żywienie. Dlaczego mi się nie udało?

Zdrowe żywienie. Dlaczego mi się nie udało?

Nigdy nie odżywiałam się źle. Całe życie mieszkałam na wsi. Warzywa i owoce mieliśmy z ogródka, jajka od swoich kur, mięso od znajomego rzeźnika. Moja mama nie przesadzała ze słodyczami, zawsze gotowała i raczej sporadycznie ratowała się gotowcami. Dobra, była kiedyś taka moda na te wszystkie fixy i inne gotowce, ale mam wrażenie, że moja mama potraktowała je właśnie jak chwilową modę i nie faszerowała nas tym. Później przyszła kolejna moda – na super fit jedzenie. Moda bardzo dobra, a jednak. Mi się nie udało.

Czy żywiłam się dobrze, kiedy byłam w ciąży? Tak, bo mój organizm przez ponad pół roku nie przyjmował niczego, poza ziemniakami. I biorąc pod uwagę fakt, że głównym moim pożywieniem były ziemniaki i warzywa, bo mięsa i owoców nie mogłam tknąć, odżywiałam się całkiem zdrowo. Do słodyczy awersję miałam jeszcze kolejne 4 lata. Tak, śmieję się teraz z tego zdrowego żywienia, ale wtedy do śmiechu to mi nie było. Taką prawdziwą próbę wprowadzenia zdrowego żywienia zrobiłam ponad 2 lata temu, kiedy zachorowałam. Poczytałam, pooglądałam i zarządziłam zmiany. Wyrzuciłam wszystko, co niedobre i kupiłam tonę zdrowych produktów. Chia, jagody goi, amarantus i wszystko, co mieściło się w tabelach superfoods. Byłam bardzo zdeterminowana. Gotowałam, piekłam, starałam się na siłę wprowadzić to wszystko i… to było niedobre, nie miało smaku, mi nie smakowało. Ale byłam nieugięta – w końcu wszędzie, gdzie czytałam o zdrowym żywieniu, było jasno napisane, że jadłam wcześniej źle, że to jest najlepsze dla mnie, że muszę już to zmienić. Muszę. I nie udało się. Bo choć wiedziałam, że muszę, nie wiedziałam jednej istotnej rzeczy.

Ja muszę… ale muszę wiedzieć jak.

Jakiś czas po mojej sromotnej klęsce jechałam na jod do szpitala. Nie miałam pojęcia jakie jedzenie ze sobą zabrać. Wtedy kolejny raz trafiłam na profil Doktor Ani. Dostałam fachowe porady, kupiłam co miałam i… zostałam z Anią na dłużej. Zaczęłam słuchać jej spontanicznych livów, czytać informacje o produktach, w końcu przed świętami zapisałam się do niej na kurs: „Podstawy jedzenia”. I to był mój najlepszy prezent świąteczny.

W końcu pojawił się ktoś, kto powiedział: „Hej, możesz jeść co chcesz, ale musisz wiedzieć, co jesz. Nie musisz kupować nie wiadomo jakich produktów, żeby zdrowo się odżywiać, nie tędy droga”.

Wiecie co mnie przekonało na starcie? Ania nie mówi, żeby kupować superfoods, ale zacząć od tego, co masz na wyciągnięcie ręki. Co kosztuje grosze, a jest nie dość, że smaczne, to jeszcze bardzo zdrowe. Zaczęłam od małych kroków. Nie zaczynałam znowu od wielkiej rewolucji. Zaczęłam od… kiszonych ogórków i kiszonej kapusty. Tak, to najprostsze i najzdrowsze rzeczy, jakie mamy w zasięgu ręki. Ukisić ogórki to 5 minut roboty. Wprowadziłam jedzenie ich regularnie do menu. Bo okazało się, że zdrowe odżywianie nie jest ani trudne, ani nudne, ani drogie. Nauczyłam się też, że to, iż czasem zjem coś niezdrowego, nie powinno powodować we mnie wyrzutów sumienia. Tak samo jak fakt, że nie zawsze jadłam super zdrowo. Nauczyłam się czytać etykiety, widzieć ile jest w nich cukru, utwardzonego tłuszczu i tego, że produkty typu light w większości nie są zdrowe. Taka wiedza bardzo ułatwia robienie zakupów – początkowo spędza się w sklepie dużo czas. Z czasem – kupujesz mechanicznie.

Ja dzisiaj kupuje o połowę mniej produktów, niż kilka lat temu. Unikam przetworzonych, wiem co wybierać, bo najczęściej robię zakupy w tych samych sklepach. Jedzenie, przygotowywanie posiłków, wspólne kolacje – to wszystko powinno powodować radość, szczęście i mile spędzony czas. Nie frustrację, złość i nerwy. I jeszcze jedno – nie muszę tego robić. Ja po prostu chcę. Dla siebie. I dla swoich bliskich.

Metodą małych kroków zmieniam nawyki, powoli. I nie rzucam się na produkty, których nie znam. Nie kupuje czegoś tylko dlatego, że gdzieś wyczytałam, że jest zdrowe. To nie jest trudne, a ja mam poczucie, że w końcu jem tak, jak chcę. Że nie rujnuje to mojego portfela, jest bardzo smaczne i zdrowe. I proste!

I małymi krokami osiągnęłam już tyle:

  1. Planuję posiłki. Robię plany tygodniowe obiadów, wypisuję też sobie fajne i różnorodne jedzenia, jakie mogę przygotować na śniadanie lub kolacje – np. w tym tygodniu chcemy zjeść oprócz standardowych kanapek też hummus, śledzie, pastę z fasoli i naleśniki z masłem orzechowym. Różnorodność jest bardzo ważna, a tym sposobem wiem, co jem. Oszczędzam sporo czasu na głowienie się, co ugotować, a dodatkowo pieniądze – nie kupuję produktów na zapas.
  2. Zrezygnowałam całkowicie z margaryny. Nie kupuje jej. Wcześniej dodawałam ją do ciast – dzisiaj zamieniam ją na masło. Wiem, że dobry olej rzepakowy jest dobry i trzeba go jeść. Obok oliwy z oliwek, mam też olej lniany. Tłuszcze są ważne. Ale tylko te dobre. Margaryna, czyli utwardzony tłuszcz palmowy, jest bardzo zła. Jeśli chcesz od czegoś zacząć – wyrzuć margaryny z oleju palmowego.
  3.  Robię pasty warzywne – to mój sposób na zwiększenie ilości jedzenia warzyw. Kiedyś pytałam domowników, jakie warzywa chcą do śniadania. Dzisiaj po prostu kroję warzywa do śniadania i kolacji i podaję bez pytania 🙂 . Jak są na stole, to się to je – uwierzcie mi 🙂 Dodatkowo mój syn uwielbia pasty z fasoli. Za samą fasolą nie przepada, ale w formie pasty je.
  4. Słodycze – sporadycznie. Nigdy nie jedliśmy ich dużo, teraz jemy je czasem. Fajne jest to, że dziecko też jest świadome tego, co je. Lubi batoniki owsiane, lubi czekoladowe, lubi też czekoladę 70 proc kakao. Wcześniej to ja przez swój pryzmat uważałam, że to dla niego zbyt gorzkie. Dajmy dzieciom spróbować i pokażmy im alternatywę.
  5. Jemy mniej mięsa – wprowadziliśmy więcej dań z kaszą, warzywami np. kotlety z kalafiora, więcej ryb. Dzięki temu zmniejszyliśmy ilość jedzonego mięsa.
  6. Pijemy soki – staramy się codziennie, ale nie zawsze się udaje. Sok to genialny pomysł na przemycenie warzyw i owoców. Pije je cała rodzina. Mam pewność, że dostają solidną porcję witamin. My średnio lubimy pietruszkę, a w soku jej nie czuć. Powiem Ci coś więcej – ja piję dodatkowo sok z buraka. Wiesz jak po leczeniu poprawiła mi się morfologia? Korzystam z wyciskarki wolnoobrotowej. Teraz czekam na mikser do koktajli.
  7. Woda – tutaj nie było problemów, bo kolorowe napoje pijemy sporadycznie. Dziecko też od zawsze wodę. Pilnujemy się tylko, żeby pić jej dużo. I zielona herbata – zamiast czarnej, raz dziennie. Jest pyszna, szczególnie z miodem i pomarańczą.
  8. Kupuję produkty, które są ogólnodostępne – płatki owsiane, kasze, ryż, ciemny makaron, len, otręby,masło orzechowe, orzechy, żurawinę. To wszystko jest tanie, zdrowe, a można wyczarować  z tego świetne dania.
  9. Gotuję i piekę – unikam przetworzonych produktów, sama gotuję obiady, piekę ciasteczka, kombinuję. To zajmuje czas. Ale staram się wybierać takie dania, które tego czasu aż tyle nie zabierają. Często podaję też zupy krem, bo mogę zmiksować wszystkie warzywa – inaczej zaczyna się wyciąganie przez chłopaków selera, pietruszki itp.

Małymi krokami. Nic na siłę. Nie jem tego, czego mój organizm nie toleruje. Może ktoś potrafi zmienić nawyki żywieniowe w 5 minut – ja nie. I to jest to, co właśnie powtarza Ania – daj sobie czas. Każda, nawet najmniejsza rzecz, która przybliża Cię do zdrowego odżywiania jest dobra. Ja nie zrezygnowałam całkiem z cukru, bo bardzo dużo piekę i cukier właściwie tylko wtedy jest mi potrzebny, ALE zamieniłam go na trzcinowy. Mam też ksylitol, cukier kokosowy, miód i syrop klonowy. I To jest pyszne.

Tak samo z mąkami. Kiedyś używałam tylko pszennej. Teraz na stałe gości u nas ryżowa, owsiana, pszenna pełnoziarnista. Kupuję też inne, wcześniej jednak sprawdzam, co mogę z nich przygotować.

To naprawdę nie jest trudne. Pytanie tylko: Czy chcesz zmienić podejście do jedzenia? Mi bardzo pomaga Ania, i jeśli Ty też nie wiesz jak zacząć, zobacz, co ona proponuje. Trzymam za Ciebie kciuki!

PS. prawie codziennie pokazuję na Instagramie, jak gotuję 🙂 Jeśli chcesz obserwować, jak w prosty sposób można wyczarować coś pysznego, prostego i zdrowego, dołącz do mnie! O TUTAJ!

fot. Piotr Duda