Zasada „3 T”, czyli o tym, dlaczego po ślubie nie jest tak, jak wcześniej

Pamiętam ten dzień, jakby był wczoraj. Drewniany kościółek, moje przyjaciółki grające marsza weselnego, trzy kilogramy ryżu rzucone na szczęście i 200 osób celebrujących z nami ten wyjątkowy dzień. Mieliśmy po 24 lata, głowy pełne pomysłów, dopiero co obroniliśmy tytuł magistra i postanowiliśmy rozpocząć nowy etap życia razem, jako mąż i żona.

Zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego wszystkie bajki kończą się słynnym „i żyli długo i szczęśliwie”, a tak naprawdę, nie mamy pojęcia jak układali sobie to życie bohaterowie później i co robili, żeby ten ogień w związku nigdy nie wypalił się? Zastanawiałaś się czasem, dlaczego ludzie, na których ślubie byłaś kilka lat wcześniej, dzisiaj są sobie jakby bardziej obcy, już im tak nie zależy? Ja jestem dość dobrym obserwatorem. I powiem Ci coś: często mam wrażenie, że młode pary traktują małżeństwo nie jako obietnicę, że będziemy się wspierać, ale jako gwarancję „żyli długo i szczęśliwie”. Tak, jakby ten ryż miał nie symbolizować, a gwarantować szczęście, grosiki dobrobyt, biała suknia nieustająco sprzyjający los, a kwiaty kolorowe życie. Czy to znaczy, że życie nie może być bajką? Ależ, oczywiście, że może! W każdej bajce jest morał, w każdej bajce bohaterowie wyciągają lekcje z tego, co im się wydarza. I tak sobie myślę, że gdyby każda bajka miała swój ciąg dalszy, być może mielibyśmy inne wyobrażenie zwrotu „bajkowe życie”?.

Nauczyliśmy się idealnie, jak dbać o siebie w czasie narzeczeństwa i jak zorganizować bajkowy ślub. A kiedy sukienka pójdzie w kąt, ryż zostanie zamieciony pod dywan, a bajka zacznie odkrywać nowe, zupełnie nieznane karty, wtedy uzmysłowisz sobie, że po ślubie nie jest już bajkowo. I nigdy nie będzie.

Myślałaś kiedyś o tym, jaką rolę w Twoim związku odgrywa…

Tęsknota

Wiesz, mam tak, że kiedy albo ja wyjeżdżam, albo mąż, wtedy śpię w jego koszulce. Czuję się wtedy tak, jakby był obok. I jakby trochę mniej tęsknię. Mąż się śmieje, że nie wybieram tych koszulek z szafki, tylko najlepiej tę, którą miał przed wyjazdem na sobie. Każdy ma jakiś sposób radzenia sobie z tęsknotą, ja mam właśnie taki.

Pamiętasz, jak w pierwszych tygodniach znajomości nie potrafiłaś wyobrazić sobie dnia bez niego? Jak w pracy ciężko było się skupić, jak potrafiłaś dziennie wysłać kilka wiadomości z tym magicznym słowem: „tęsknię”. Tęsknić za kimś. To takie normalne, prawda? To przewrotne, a jakże! Nic jak tęsknota za drugą osobą nie pokazuje nam, jak silna jest nasza miłość. Tęsknota mówi nam wiele, o naszych potrzebach. Kiedy w ciągu dnia cały czas jesteśmy razem, nie myślimy o tym, czego nam brakuje, bo wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Ciężko tęsknić za czymś, co masz pod ręką. Moja ciocia, która od lat mieszka za granicą, tęskni za chlebem z Polski. Pamięta jego smak, zapach, i zawsze jak jest w kraju, zajada chleb z masłem. Zwykły pszenny, od lokalnego piekarza. Gdzie by jej przyszło do głowy w dzieciństwie tęsknić za chlebem, którego nigdy nie brakowało, czasem nawet wychodził uszami. Tak samo jest ze związkiem. Masz wszystko pod nosem, często nie doceniasz. A potem przychodzi rozstanie i okazuje się, że przypominasz sobie, za co kochasz. I tęsknisz. Tęsknisz, bo… bo chcesz się przytulić, bo lubisz bliskość, bo jego obecność daje Ci poczucie bezpieczeństwa. Bo poranna kawa smakuje lepiej, kiedy on ją zalewa. Bo oglądanie filmu wieczorem, bez jego durnowatych komentarzy traci jakby sens. Tęsknisz. Bo kochasz, a uczucia są dla Ciebie bardzo ważne.

Jest też tak, że będąc w związku tęsknisz… właśnie za nim. Wiesz, kiedy dopadło nas po studiach życie, byliśmy jakoby razem, ale jakby pochłonięci mnóstwem innych spraw. Niby jest się razem, a jednak tęskni się za tym, co było. Możesz leżeć obok i tęsknić za przytuleniem, możesz iść obok i tęsknić za spacerem za rękę. Możesz mówić, a tęsknić za rozmowami całą noc, bez końca. Możesz kochać, a tęsknić za byciem kochaną. O związek trzeba walczyć cały czas, nie tylko do ślubu. O tęsknotach trzeba mówić, głośno. Póki ma się z kim o nich rozmawiać.

Nagła rozłąka, nawet nie musi być długa, często uświadamia nam to, czego nie widzimy na co dzień. Pokazuje, jak bardzo ważna jest dla nas ta druga osoba, jak ważną rolę pełni w naszym życiu. Często determinuje rozmowę, której nikt nie miał odwagi rozpocząć. A nieodłącznym elementem dobrego związku jest…

Troska

Kiedy wracałam na salę, szedł obok mojego łóżka. A później siedział do wieczora, czym strasznie wkurzał pielęgniarki. To był ciężki weekend, bo miał ważne zobowiązania firmowe, a mimo to chciał być obok. Ja czułam się wyjątkowo dobrze po operacji, na tyle, że sama chodziłam, potrafiłam się wykąpać, a nawet umyć głowę z drenami. Radek codziennie po targach jechał kilkaset kilometrów, żeby być ze mną dwie godziny. Choć nie chciałam, żeby tak kursował, wiedziałam, że i tak to zrobi i nie przegadam. Czasem myślę, że troszczyć się, to tak, jakby się codziennie mówiło „Kocham Cię”, bez słów.

Czasem to przygotowanie herbaty z miodem, kiedy on jest chory. To wstanie razem z nim, kiedy musi wcześnie wyjechać, przygotować mu kanapki, kiedy pakuje walizkę, tylko po to, żeby razem poleżeć 15 minut dłużej. Troska, to wymaganie od siebie i chęć zrozumienia drugiej osoby. Mój mąż zawsze dużo pracował, ale nigdy po powrocie do domu nie usiadł z kapciami przed telewizorem. Nie było u nas sytuacji, że on po pracy zjada obiad i zaszywa się w pokoju kończąc pracę, a w nocy nie wstaje do dziecka, bo przecież ja nie pracuję, więc powinnam to robić. I nie powiem, kiedy miał gorące okresy w pracy, sama proponowałam, żeby się wyspał, a ja będę wstawała w nocy. Bo się o niego troszczyłam, bo chciałam, żeby dobrze poszło mu na spotkaniu. Tak samo on, nie często zgadzał się na moją propozycję, bo wiedział, że w ciągu dnia nie siedzę i nie odpoczywam, że byłam nieraz tak wykończona, że zasypiałam podczas zabawy.

Wiesz, troszczyć się, to też wstać w nocy, kiedy ona dzwoni z prośbą, żebyś po nią przyjechał, bo babskie spotkanie się przeciągnęło i boi się sama wracać. Troska, to pomoc jej w przemeblowaniu, choć chwilę wcześniej się pokłóciliście, ale boisz się, że sama może nie dać rady, nabawić się jakiegoś urazu, bo zwyczajnie wiesz, że będzie jej za ciężko, a poza tym, obiecałeś zanim się posprzeczaliście. Tutaj zaraz obok troski stoi…

Takt

„Gdyby nie moja praca, to że haruję od rana do wieczora, w życiu nie moglibyśmy sobie pozwolić na to, co dzisiaj mamy.” – kiedy na jednym z przyjęć usłyszałam te słowa, zrobiło mi się po pierwsze przykro, że musiałam je usłyszeć, po drugie, że ktoś je wypowiedział, a po trzecie, że jej partner był obok. I milczał całkowicie zmieszany i wręcz zawstydzony. Nie wchodzę z butami w czyjeś życia, nie mam w zwyczaju pouczać nikogo, uważam że wszystko to są wewnętrzne ustalenia pary i nikomu nic do tego. Nie wyobrażam sobie za to, żebym wymagała od męża wdzięczności za to, że z mojej pracy mamy to i tamto, a co najgorsze – mówienia o tym w towarzystwie, z dumą i wyższością, coś na zasadzie „ja zarabiam więcej, ja ustalam zasady” – i odwrotnie. Kiedy w związku zaczyna się dzielić na moje i Twoje, oczekiwać wdzięczności i podległości, to jak dla mnie kończy się związek, a zaczyna dziwny układ, który nie wiem dokąd prowadzi. Czasem mam wrażenie, że ludzie faktycznie myślą, że to już tak na zawsze. Że mogą tę drugą osobę obrażać, krzyczeć do niej, szantażować, traktować jak własność, „bo przecież jesteśmy po ślubie”. Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz – bierzesz ślub z miłością swojego życia, dla której urywałeś się z pracy, jechałeś po jej ulubione czekoladki 100 km dalej, potrafiłeś przetańczyć całą noc i jeszcze tydzień po ślubie wskoczyć w ogień, a dziś traktujesz ją jak obcego. Potrafisz wyzwać ją od kretynek, kiedy jeszcze do niedawna była Twoim słonkiem, potrafisz w towarzystwie powiedzieć, że jest beznadziejna, a jeszcze niedawno potrafiłeś zabić wzrokiem każdego, kto krzywo na nią popatrzył. Mówisz, że się zmieniła. Tak, Ty także. Każdy z nas się zmienia, to naturalne. Nie można oczekiwać, że w wieku 40 lat będzie się takim samym, jak 20 lat wcześniej. To jakby kochać złudzeniami. Kochać, to wzajemnie dorastać, wspierać się, pomagać sobie i wyciągać rękę, a nie obrażać się, że ona po porodzie waży 10 kg więcej, niż w dniu ślubu. I narzekać wśród kumpli, że nie jest już dla Ciebie atrakcyjna.

Podobno najłatwiej krzywdzi się tych, których najbardziej kochamy. Mamy najwięcej odwagi, żeby powiedzieć im nieprzyjemne słowa i zranić. Zrobić coś, czego nigdy nie zrobilibyśmy obcej osobie, a ranienie bliskich przychodzi nam bez problemu. Takt to moment, kiedy mąż wkurzy mnie na imprezie, a ja nie besztam go w towarzystwie, ale ewentualnie zwracam uwagę, a po przyjeździe do domu rozmawiamy na ten temat. Do dziś bardzo nie lubię sytuacji, kiedy pary kłócą się w moim towarzystwie. Jest to dla mnie bardzo niezręczne, a sytuacja, kiedy proszą o opowiedzenie się po czyjejś stronie sprawia, że mam ochotę opuścić tę imprezę jako pierwsza.

Takt to dla mnie słowo niemal równoznaczne z szacunkiem. Zachowywać się taktowanie to elegancko, pamiętając o zasadach dobrego wychowania, bez urażania uczuć innych. To zachowanie się odpowiednie do sytuacji. To rozmowa, a nie krzyk. To wsparcie, a nie dokuczanie i wyśmiewanie się. To nie obrażanie, ale szukanie wyjścia. Takt polega na tym, żeby wiedzieć, jak daleko można się posunąć, aby nie posunąć się zbyt daleko. A przecież jak się kocha, dzieli dobrowolnie życie z osobą, którą samemu się wybrało, jest się szczęśliwym – czy takt, jako niewypowiedziana część naszych myśli, nie powinien być zawsze obecny?

Po ślubie bajki nie będzie, bo… wszystkie piękne historie o miłości, kończą się w momencie ślubu, pocałunku na zamkowych schodach i rzuceniu bukietu w tłum chichoczących panien. Historii Kopciuszka nie powtórzysz, bo zwyczajnie nikt jej nie spisał po ślubie… Ale czy to oznacza, że Twoja bajka musi się skończyć? Nie, bo od momentu ślubu piszesz ją sama. I być może kiedyś usłyszysz: „Po ślubie, chcę mieć taką bajkę, jak Wasza”.

Wiesz dlaczego po ślubie często nie jest już tak, jak było przed? Bo przestajecie robić to, co robiliście zanim zdobyliście serce drugiej osoby.