Wszyscy wokół opadają z sił, bo przyszła jesień. A ja po 3 miesiącach wegetacji dostałam powera i energii do działania! Tak się żyje bez tarczycy.

Wszyscy wokół opadają z sił, bo przyszła jesień. A ja po 3 miesiącach wegetacji dostałam powera i energii do działania! Tak się żyje bez tarczycy.

Tak. Tak właśnie się żyje bez tarczycy – tak właśnie bez tarczycy funkcjonuję JA. Od maja, odkąd wróciłam z diagnostyki z centrum onkologii, gdzie podawano mi jod radioaktywny, do pierwszych dni września miałam energię na poziomie zmęczonego ślimaka. Takiego, co to musi iść w daleką trasę po suchej drodze, a w tobołku kończy mu się już woda. Tak mniej więcej czułam się przez ostatnie 3-4 miesiące. Upały mnie okropnie męczyły. Byłam słaba, zmęczona, piłam kawę i wodę litrami. Niewiele pisałam na blogu, niewiele się udzielałam, wszystkie projekty odłożyłam bądź odmówiłam. Zwyczajnie nie byłam w stanie normalnie funkcjonować. Uczucie straszne! Pamiętam, że kiedy powiedziałam o tym mojej lekarce, pokiwała tylko głową i z wymuszonym uśmiechem stwierdziła, że trzeba nauczyć się z tym funkcjonować. I będzie lepiej.

I raczej jej nie wierzyłam. Sierpień był do bani. Nie będę wchodziła w szczegóły mojej historii zdrowotnej, ale dla zobrazowania mniej więcej tego, czemu tak się czuje – moje TSH jest poniżej skali, tzn nie da się go oznaczyć. Jestem w głębokiej nadczynności tarczycy. Czyli w stanie chorobowym, który w normalnych warunkach się leczy, żeby wyjść na prostą. Ja po raku muszę być być przez jakiś czas wprowadzona w taki stan celowo, żeby zminimalizować ryzyko nawrotu choroby. I minimalizując to ryzyko, w pakiecie dostaję wszystkie objawy towarzyszące nieleczonej nadczynności tarczycy. Czyli wychodzi na to, że wybieramy jakoby mniejsze zło. Przez ostatnie lata nauczyłam się naprawdę świetnie sobie z tym radzić. Cały rok bardzo dobrze nad tym panuję, naprawdę!

A potem przychodzi lato.

Wysokie temperatury to jest coś, z czym poradzić sobie nie potrafię. Kiedy słupek rtęci mija magiczną barierę 27 stopni, ja jestem zmęczonym kalafiorem. Nie pomaga kawa, witaminy, woda, aktywność fizyczna. NIC. Upalne lato, na które 95 procent populacji czeka z utęsknieniem, dla mnie mogłoby zwyczajnie nie istnieć. Miesiące wakacyjne są dla mnie bardzo męczące. I zwyczajnie muszę je jakoś przetrwać. Choć w tym roku, po tym jodzie radioaktywnym było wyjątkowo źle. I daję słowo, w połowie sierpnia miałam wrażenie, że to się nigdy nie skończy.

I wtedy przyszły pierwsze dni września. Słońce, ciepełko i przyjemny wiatr! A potem deszcze i chlapa. I kiedy czytałam posty moich znajomych, którzy ubolewali nad tym, że lato minęło i przyszła ta nieszczęsna jesień, ja WRÓCIŁAM DO ŻYWYCH. Z dnia na dzień poczułam, że wracają mi siły, energia, świetne samopoczucie. Jakie to jest boskie uczucie! Przecudowne!

Czuć, że znowu się chce i czuć, że znowu ma się siły działać!

Daj mi koniecznie znać, jak na Ciebie działają pory roku – jesteś bardziej letnia czy jesienna? Ciepłolubna, czy zimno lubna?

I właściwie to ja tym postem chciałam Wam powiedzieć, że wracam. Przeprosić za wszystkie wiadomości bez odpowiedzi. Nadrabiam, piszę, działam! I szykuję dla Was mnóstwo świetnych rzeczy – obiecuję, będzie pięknie! Tak, tak. Będą dla Was prezenty 🙂 Bo ja kocham Was rozpieszczać :))

A żeby to rozpieszczanie Was nie ominęło, zostawiam Wam link po pierwsze do INSTAGRAMA, gdzie codziennie jestem na instastories, codziennie gotuję pyszności i opowiadam fajne rzeczy 🙂

Wystarczy kliknąć TUTAJ – wskakuję na INSTAGRAM @kinka_karolina_wilk

I koniecznie zapisz się na mój newsletter! Gdzie za zapis dostaniesz fantastycznego ebooka kanapkowego, a od października PRZEFANTASTYCZNE rzeczy będą przychodziły co miesiąc!

Wystarczy kliknąć TUTAJ – wskakuję na NEWSLETTER do Kinki

Zdjecia: dudy.com.pl