Tych tekstów nie mów młodej mamie. Moje absolutne, zakazane top 7!

Kto choć raz w ciąży lub zaraz po urodzeniu dziecka nie usłyszał tekstu, który tak go zaskoczył, że w pierwszej chwili nie wiedział, czy to tak aby na serio, czy może jednak żart, ręka do góry. Zauważyłaś, że mimo tak intymnej sfery, jaką jest poród i pierwsze tygodnie z dzieckiem, naraz wszyscy wokół są specjalistami od wychowania dzieci? Pamiętam doskonale, kiedy urodziłam pierwsze dziecka – byłam niesamowicie przerażona. Po pierwsze dlatego, że to… pierwsze dziecko. Po drugie – po trudnej ciąży urodzone z niską wagą i przez to pod szczególną obserwacją lekarzy. Brałam sobie do serca wszystkie rady i uwagi, ale było ich tak dużo, że w pewnym momencie zwątpiłam, czy ja aby na pewno potrafię dobrze zająć się swoim dzieckiem. To było okropne uczucie. OKROPNE! Kochasz malucha całym sercem, a ciągle słyszysz, że może „zrób tak„, albo „a czemu tak, tak jest źle”. Ja wiem, dziś z perspektywy czasu, że każdy chciał dobrze – ale cóż, dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane. Wiesz czego potrzebuje młoda mama? Nie rad, nie uwag, nie poradników – ona potrzebuje poklepania po placach, słów „hej, świetnie sobie radzisz”, potrzebuje wsparcia. I jeśli naprawdę chcesz wesprzeć, pamiętaj o tym, czego nie powinno się mówić młodej mamie.

Tych tekstów oszczędź młodej mamie. I każdej innej <3

1. „Naprawdę zrezygnowałaś z karmienia piersią? To najlepsze dla dziecka, a Ty…”

Karmienie piersią to jedno z moich boleśniejszych doświadczeń. Fizycznych i psychicznych. Bardzo chciałam karmić piersią. Przeczytałam mnóstwo książek i poradników na ten temat, były chęci oraz wsparcie otoczenia, żeby to robić. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Dziecko minimalnie przybierało na wadze, ja zaliczyłam pobyt w szpitalu z uwagi na zapalenie piersi, pamiętam przeszywający ból przy każdym karmieniu. Pamiętam też, że słyszałam słowa: „Dasz radę, przetrzymaj to. Mleko matki jest najlepsze. Zaciśnij zęby i dasz radę.” Czyli w krótkim tłumaczeniu: chcesz być świetną mamą, karm piersią za wszelką cenę. Mimo bólu i coraz gorszej kondycji psychicznej. Pamiętam lekarkę, która tłumaczyła mi, że nie potrafię karmić piersią i mam się bardziej starać. Pamiętam, jak ta ogromna presja odbierała mi uroki macierzyństwa. Aż pewnego dnia moja mama powiedziała: Dość. Daj temu dziecku butelkę i zacznij normalnie żyć. Tego na ten moment potrzebowałam. Przy drugim dziecku wiedziałam już, że sposób karmienia dziecka nijak ma się do ilości miłości do niego. A na wszelkie uwagi i pytania: „Karmisz?” odpowiadałam „Tak”. Bo przecież karmiłam, tyle że nie piersią, a butelką. I ja wiem, że mleko matki jest najlepsze. Wiem też, że jej kondycja psychiczna jest dużo ważniejsza. I oczywiście podziwiam kobiety, które karmiły piersią, które o to walczyły – i podziwiam te, które przeszły na butelkę i mleko modyfikowane, bo czuły, że to jest dla nich lepsze. Nie oceniaj. Wspieraj.

2. „Nie mów, że jesteś zmęczona. Ciesz się dzieckiem, a nie narzekaj”

Tego bardzo nie lubię. Zwłaszcza, kiedy taka nagonka spada na mamę jedynaka. Bo niby czym ona może być zmęczona? Wiesz, bardzo nie lubię dorabiania ideologii tam, gdzie jej nie ma. Czasem myślę, że za mocno naciskali na nas w szkole średniej i kazali doszukiwać się tego, „co autor miał na myśli”. Bo moje „jestem zmęczona”, nie oznacza, że nie kocham dziecka, że żałuję że go mam, że jestem wyrodną mamą, że nie chce mi się z nim bawić itp. Moje „jestem zmęczona” oznacza po prostu… że jestem zmęczona. Bo nie spałam w nocy, bo nie zdążyłam wypić kawy, bo stresowałam się ząbkowaniem. Ot, tyle. I masz prawo być zmęczona – każdy by był, gdyby nie spał od 3 miesięcy. Są różne dzieci – jedne śpią całe noce i rodzicom trudno zrozumieć czasem, że ktoś może mieć inaczej i budzić się 8 razy w ciągu 8 godzin snu. Są rodzice, których dzieci mniej chorują i są spokojniejsi. Empatii i zrozumienia, tego sobie życzmy!

3. „Przecież miałaś cesarskie cięcie, naturalny poród to jest dopiero wyczyn”

Ta licytacja to jest dramat. A najgorsze, że wypomina to kobieta kobiecie 🙁 Każdy poród jest trudny, wymaga wysiłku i niesie za sobą konkretne konsekwencje. Widzisz, ja rodziłam dwa razy naturalnie i w życiu, gdybym nie musiała, że poszłabym na cesarskie cięcie. Naprawdę. Znam mnóstwo dziewczyn, które po cesarce długo dochodziły do siebie, nie mogły chodzić, nosić dziecka, rana źle się goiła. Słuchając i oglądając to, byłam niesamowicie wdzięczna, że mogłam urodzić naturalnie. Widzisz, moje porody były wręcz ekspresowe – a drugie dziecko urodziłam niemal na korytarzu. Bo od chwili: „Nie ma skurczy, a dziecko nie jest nawet w kanale rodny” do momentu: „O Boże, Pani już rodzi!”, kiedy Pola była już na moim brzuchu, minęło… 2 godziny i 5 minut. Z czego te 5 minut to faza samego porodu. 4 godziny później byłam w pełni mobilna, mogłam się wykąpać i spokojnie opiekować dzieckiem. Każdy poród jest inny i tutaj nie ma reguły, że coś jest łatwiejsze, a coś trudniejsze. Najważniejsze, że dziecko urodziło się zdrowo i mama szybko doszła do siebie. Bo jednak każdy z porodów jest ogromnym wysiłkiem fizycznym i psychicznym. Bohaterką jest każda mama! I ta, co wzięła znieczulenie, i ta co rodziła bez niego, i ta po cesarce. Każda. I każdej należy się szacunek za to, że urodziła.

4. „Ojej, znowu chore? Powinnaś lepiej o niego zadbać”.

Moje koleżanki, które mają dzieci w przedszkolach lub ich maluchy częściej łapią infekcję, nasłuchały się tych zdań bardzo dużo… I za każdym razem, kiedy o tym rozmawiamy, mają ogromne poczucie winy, że robią coś nie tak. Bo dziecko dwa tygodnie w przedszkolu, a potem łapie infekcję i dwa tygodnie w domu. I tak kilka razy w ciągu roku. A wiesz, że ja też kiedyś myślałam, że jak moje dziecko złapie w ciągu roku kilka infekcji, na połowę dostanie antybiotyk, to jest coś nie tak z jego odpornością? Podkreślam „kiedyś”, bo dzisiaj już wiem, że dzieci w wieku przedszkolnym, które mają niewykształcony układ odpornościowy, po prostu chorują. I nie ma w tym żadnego ukrytego przekazu – jest to naturalna kolej rzeczy. Maluch może łapać infekcje nawet 8-10 razy w ciągu roku, czyli dwa tygodnie przeziębione, dwa tygodnie w przedszkolu. I to jest zupełnie NORMALNE! Chorowanie i zdrowienie jest etapem w życiu dziecka – dzięki temu organizm nabiera odporności na całe życie. Jeśli dbasz o malucha, stosujesz odpowiednią dietę, wychodzisz z nim na podwórko, biegacie, bawicie się, nie przegrzewasz go – robisz wszystko, aby było zdrowe. Naprawdę, robisz wszystko dobrze. A to, że maluch złapie infekcję, nie jest Twoją winą! Daj mu czas na chorowanie i koniecznie na kilka dni regeneracji po zakończeniu chorowania. To bardzo ważne! Tak samo jak fakt, że to iż dziecko choruje nie oznacza, że ma słabą odporność.

My rodzice, jesteśmy dla siebie bardzo krytyczni i obwiniamy się za każdą chorobę dziecka – zwłaszcza, kiedy otoczenie nas w tym utwierdza każdym kolejnym „ojojoj on znowu chory!”. Jak mówi Pan Tabletka, dziecko „jest jak wyścigówka” – Twoim zadaniem jest doskonale przygotować go do jazdy, czyli zadbać o dietę, ruch, dobre powietrze. Ale jak każde auto, nawet najlepiej przygotowane do trasy, może natrafić na przeszkody – i tak jest z chorowaniem dzieci. Wiem, jak to jest martwić się o malucha – mam dwoje dzieci, w tym jedno urodzone z niską wagą urodzeniową, przez co pod szczególną opieką przez rok po porodzie i drugie, z trudnej ciąży, ledwo donoszonej do 37 tygodnia. Wiele rzeczy sobie zarzucałam, brakowało mi zrozumienia, że pewne rzeczy po prostu się dzieją i nie ochronie przed nimi dziecka – jak np. przed przeziębieniem. Dlatego cieszę się z każdej infekcji, która przebiega lekko, daję dziecku czas na regenerację.

Wiesz, ostatnio słucham audiobook Pana Tabletki „Odporność. Czy Twoje dziecko może nie chorować?”. Czuję się zaopiekowana, rozgrzeszona i przestałam mieć do siebie pretensję, że robię coś nie tak. I nie daję już sobie wmówić, że coś jest nie tak, bo moje dziecko 4 razy w roku złapało przeziębienie. Dziś Kacper ma prawie 9 lat i choroby zdarzają się sporadycznie, 1-2 w roku. Dlatego z całego serducha polecam Ci tego obszernego audiobooka, którego możesz słuchać „w międzyczasie” usypiając dziecko, zmywając naczynia, będąc na spacerze czy w samochodzie. Dowiesz się z niego wszystkiego o odporności dziecka, czy dziecko może nie chorować, jak dbać o odporność, co możesz zrobić, żeby wspomóc odporność malucha. Poza dawką solidnej wiedzy opowiedzianej w bardzo lekki, czasem zabawny sposób, dostaniesz wsparcie, wirtualne przytulenie i przestaniesz mieć do siebie pretensje! Wiem od czytelniczek, że ten audiobook uspokoił ich skołatane nerwy i sprawił, że przestały czuć się źle, kiedy ktoś im złośliwie wypominał, że maluch znowu ma katar. Spokój rodzica i zdrowie dziecka to najlepsze, co można sobie dać. Podaję Ci link do audiobook, Marcin czyli Pan Tabletka aktualizuje go na bieżąco, także jest tam solidna dawka merytorycznych informacji. Pamiętaj też, że z kodem zdrowa30 dostaniesz aż 30 procent zniżki, czyli w tej chwili z wykorzystaniem kodu kupisz kilkugodzinny audiobook za 27,30 zł. SERIO 🙂 Zniżka obowiązuje także na fantastyczne kursy dla rodziców np. o antybiotykoterapii czy gorączce. I genialne pakiety. Zerknij TUTAJ.

5. „No daj mu jakieś witaminki, bo mizerny taki. Babcia przyniosła lizaczka z witaminami”

I potem kupuje się dzieciom lizaki z witaminami, syropki, soki itp. A tak naprawdę uczymy przez to dziecko, że witaminy są w słodkim lizaku, a nie w brokułach, czy świeżo wyciśniętym soku marchewkowo-jabłkowym. Że tu nie o syrop na odporność chodzi, a o wychodzenie na podwórko, o zdrową dietę i jakość powietrza. Sama wpadłam kiedyś w spiralę, że warto podawać dziecku witaminy, żeby zdrowo rosło i mniej chorowało. Później okazało się, że po pierwsze chorowanie jest naturalne u małych dzieci, a witaminy, jeśli wyniki badań są w porządku, nie potrzebne. Wyżej podałam Ci fajne porównanie Pana Tabletki do wyścigówki – bardzo podoba mi się stwierdzenie, że wyścigówki nie da się zatankować na 200 procent, czyli jeśli dziecko jest zdrowe, ma prawidłowe wyniki badań, poziom witamin w normie, nie potrzebuje dodatkowych. Wszelkie preparaty na odporność musimy traktować, jako wspomaganie, a nie sposób na uniknięcie chorób. Pamiętaj też, że tylko LEKI maja udowodnione działanie – suplementy są często nieprzebadane i tym samym podajemy dziecku cukier z niewiadomą ilością witamin.

Pozwól, że zacytuję tu wspomnianego wyżej Pana Tabletkę: „Czy więc te wszystkie multiwitaminy są całkowicie do bani? Nie do końca. Wszystko jest dla ludzi, ale stosowane z umiarem i zdrowym rozsądkiem. Cały kłopot w tym, że – jak obserwuję – ludzie lubią proste rozwiązania. (…) Nie chodzi o to, żeby w sezonie chorobowym szprycować dziecko multiwitaminą z apteki, ale o to, by w całorocznym jadłospisie znalazły się dobrej jakości warzywa i owoce, kiszonki, produkty pszczele, wartościowe soki, nasiona, zdrowe oleje roślinne.”

6. „Pójdę z nim na spacer, a Ty w tym czasie posprzątaj tutaj sobie.”

Wiesz czemu tego nie lubię? Bo po pierwsze między wierszami mówisz młodej mamie, że ma bałagan w domu. I to taki bałagan, że nie ma gdzie nogi postawić. A po drugie – że najważniejsze, to mieć w domu czysto i o zgrozo, dlaczego Ci się to nie udaje. Skoro Ty TYLKO siedzisz z dzieckiem w domu. Moja znajoma opowiadała mi kiedyś, że jej mama zawsze zachwycała się nad sąsiadką mówiąc: „Ta to była zaradna kobieta. Rano po śniadaniu dzieci na podwórko, a ona sobie sprzątała dom. Tak, zawsze miała czysto.” I właściwie to był jedyny kontekst, kiedy wspominała sąsiadkę. Ja nie jestem zwolennikiem permanentnego bałaganu i założę się, że wcale takiego nie masz w domu! Masz pewnie chwilowy nieład wynikający z korzystania z przestrzeni 🙂 Tak po latach z dziećmi nauczyłam się nazywać ten stan 🙂 I ja też zanim pójdę spać, ogarniam sobie przestrzeń, ale kiedy mam chwilę wolnego, a kiedy jestem wykończona – odpoczywam. Smuci mnie to, że kobieta kobiecie nie powie: „Hej, wezmę Ci dziecko na spacer. Odpocznij sobie, idź do fryzjera, albo zrób kawę i poczytaj gazetę. Zrelaksuj się”. Nie wypominaj komuś, że ma nie takie priorytety, jak Ty i nie sugeruj, że źle „ogarnia życie”. To, że ktoś ma chwilowy nieład w domu nie oznacza, że jest bałaganiarzem – oznacza, że chwilowo nie miał kiedy posprzątać i w chwili wolnego wybrał coś, co było w tej danej chwili mu potrzebne. Nie, nie musisz tego rozumieć. Wystarczy, że nie będziesz komentowała 🙂

7. „No chcę się wtrącać, ale…”

…ale jemu jest chyba zimno, potrzebuje czapeczki, chyba jest głodny. A może boli go brzuszek? Wydaje mi się, że te obiadki mu nie służą. I mogłabym tak wymieniać i wymieniać. W pierwszych tygodniach bycia mamą takie wtrącenia strasznie wyprowadzały mnie z równowagi, a to w połączeniu z baby blusem sprawiało, że czułam się nie dość dobrą mamą. Przy drugim dziecku nauczyłam się, że fakt, iż ktoś udziela mi rady nie oznacza, że ja mam tej rady posłuchać i wprowadzić w życie. Nauczyłam się asertywności, zgadza się. Grzecznie, ale stanowczo odpowiadałam, że jeśli będę potrzebowała pomocy, z pewnością zapytam – póki co wiem, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Choć nie powiem, takie przytyki są troszkę przykre. Ale głęboko wierzę, że ten, kto je wypowiada, nie chce źle – chce dobrze, chce pomóc, chce być ważny. Mimo wszystko proszę Cię, abyś nie brała tych wszystkich rad bezpośrednio do serca – i obwiniała się, że jesteś niewystarczająco dobra. Jesteś wspaniała. Naprawdę. Tak to już po prostu jest, że kiedy rodzi się dziecko, wszyscy wokół stają się ekspertami od wychowywania dzieci.

 

Na koniec chciałabym Ci powiedzieć, że ostatnia rzecz, jakiej potrzebuje młoda mama, to wytykanie jej, że robi coś źle. Ona po prostu może robić inaczej, niż Ty i wcale nie gorzej. Zamiast wypominać i zwracać uwagę, może lepiej wesprzeć, pogadać przy kawie i zapytać, czy wszystko w porządku? Pierwsze tygodnie z dzieckiem to wystarczający armageddon, żeby dokładać do tego kolejne mniejsze i większe trzęsienia ziemi. Bądźmy dla siebie wsparciem.

*Wpis powstał we współpracy z fantastycznym Panem Tabletką, który swoją pracą daje nam, mamom, wirtualne wsparcie i zrozumienie!