btf

To, że masz zwykłe życie nie znaczy, że nie możesz robić niezwykłych rzeczy

Kiedy byłam młodsza, moi rodzice zapisywali mnie na różne zajęcia pozalekcyjne, żebym zorientowała się, co chciałabym w życiu robić. Jedni są świetni w sporcie, inni w językach, jeszcze inni genialnie malują. Ja nie potrafiłam znaleźć swojego punktu zaczepiania, czyli dziedziny, w której mogłabym być dobra. Gdy kolano odmówiło mi posłuszeństwa po roku jazdy konnej, którą uwielbiałam, nie rozpaczałam. Wiedziałam, że za jakiś czas do tego wrócę, ale nie jest to coś, co chcę robić w życiu. Podobnie było z grą na pianinie. Lubiłam to, ale rekreacyjnie. Teraz odkładam na pianino pieniądze, bo marzy mi się granie w domowym zaciszu. Domowym, to słowo klucz – bo o graniu zawodowym nigdy nawet nie myślałam. To był moment, w którym mój tata stwierdził, że nie ma co na siłę zmuszać mnie do wyboru dziedziny, w której mogłabym być najlepsza. Bo widocznie ja chcę być, jak to określił mój tato, zwyczajna. I choć ulżyło mi, że rodzice nie są na tyle fanatyczni i nie każą mi spełniać swoich ambicji, zrobiło mi się przykro. Byłam nastolatką i pomyślałam, że bycie zwykłym zapewnia spokój, ale nic poza tym. Wiedziesz takie zwyczajne życie… Nie zbierasz oklasków na sali koncertowej, nie odbierasz medali za skoki przez przeszkody na swoim ukochanym koniu, nie wygrywasz konkursów recytatorskich. Ot, nic ciekawego. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że powołania do robienia rzeczy niezwykłych mają różne oblicza…

Kiedy wchodzisz do domu Pani Justyny, czujesz zapach ciasta, słyszysz krzyk dzieci i widzisz jej uśmiechniętą buzię. Niska, zadbana kobieta, która wita Cię serdecznie i wyciera ręce z mąki, bo akurat robiła z dzieciakami naleśniki. Droga do kuchni wiedzie przez korytarz, gdzie na ścianach wiszą rysunki dzieci i zdjęcia, mnóstwo zdjęć, jak w każdym innym domu. Widzisz też zdjęcie Pani Justyny w dobrze skrojonej, ciemnej marynarce i aż wierzyć Ci się nie chce, że była kiedyś księgową i pracowała po 12 godzin w korporacji. Kiedy jej biologiczne dzieci podrosły i założyły swoje rodziny, Pani Justyna popołudnia spędzała na kawie z koleżanką, na spacerach z mężem, aż do tego dnia. Zobaczyła w telewizji materiał o rodzinnych domach dziecka, o maluszkach które nie mają się gdzie podziać od chwili odebrania rodzicom praw rodzicielskich, do chwili adopcji. Rozejrzała się po dużym, pustym domu i z drżeniem serca zadzwoniła do najstarszej córki: „Mamo, oczywiście! My Ci pomożemy!”. Z tego domu bije tyle ciepła, miłości i radości, że aż nie chce Ci się wierzyć, że mieszkający w nim domownicy znają się zaledwie od kilku miesięcy. „Ciocia Jusia”, bo tak mówią o niej dzieci, tworzy dla maluchów pierwszy dom, po odebraniu ich rodzicom. Pomaga im, wspiera, uczy, daje mnóstwo miłości, a przede wszystkim – tworzy dla nich prawdziwy dom, często pierwszy dla przedszkolaków, które nie pamiętają rodzinnych czterech kątów. Może i dobrze, bo pierwsze wspomnienia mają z ciocią, która je przytula przed snem i wujkiem, który gra z nimi w piłkę i uczy łowić ryby.

Lena ma niespełna 50 lat. Jest nauczycielką, uwielbia tę pracę, kontakt z ludźmi. Lubi uczyć, mam wrażenie, że nie tylko inni czują, że to jest jej powołanie, ale i ona. To jest taka osoba, na którą patrzysz, uśmiechasz się i mówisz z zachwytem: „Odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu„. Lena prowadzi kółka pozalekcyjne, przygotowuje dzieciaki do konkursów i z roku na rok to właśnie ona otrzymuje najwięcej kwiatów ostatniego dnia szkoły. Kiedy zapytasz ją, jak ona to robi, że dzieciaki (a właściwie młodzież) z chęcią przychodzą na lekcje fizyki, która jest okropnie trudna, ale i przychodzą na zajęcia pozalekcyjne, ona się tylko uśmiecha i przekonuje, że po prostu robi to co kocha. Nie wiem czy potraficie sobie to wyobrazić, ale studenci wpadają do niej na lekcje, żeby podziękować za to, że zaszczepiła w nich tę ciekawość nauk ścisłych, że jej się chciało dać od siebie więcej.

Kilka dni temu oglądałam w telewizji śniadaniowej wywiad z popularnym raperem. Głęboko zapadł mi w pamięć, zmusił do zastanowienia się nad pewnymi kwestiami i uwierzyć w coś, w co kiedyś nie chciałam. Raper przyznał, że był poważnie chory, a alkoholizm go wykańczał. Któregoś dnia zadzwonił na błękitną linie i opowiedział przypadkowej osobie, o swoim problemie. Dzięki niej, nie pije już od dobrych kilku lat. Zobaczcie, gdyby ta osoba, z którą rozmawiał nie wstała, nie poszła do pracy, nie wykazała się nadzwyczajną empatią, być może on nadal by pił. Ona przyszła do pracy, jak zawsze odebrała telefon, wysłuchała, wypiła kawę i poszła do domu. Tego dnia uratowała komuś życie.

oznor

Myślisz, że to kwestia zdolności? Nie, bo każdy z nas ma jakieś zdolności. Ja długo myślałam, że zmarnowałam nauki, na jakie wysyłali mnie rodzice. Że mogłam skończyć szkołę muzyczną, mogłam zadbać o kolano i jeździć konno – ale czy faktycznie. Wątpię… Widzisz, zdolności niczego nie gwarantują. Zdolność, talent to jedna rzecz, a wybrać drogę, którą chce się iść, to druga rzecz. Nawet ważniejsza. Bo jeśli nie TA decyzja, wiele rzeczy zwyczajnie się nie wydarzy.

Masz czasem wrażenie, że Twoje życie jest nudne, nie ma w nim celu, do którego mogłabyś dążyć, nie ma momentów, na które czekasz. Że ta „zwykłość” i „normalność” Cię dołuje i sprawia, że nic Cię nie cieszy? Masz wrażenie, że każdy dostał iskierkę, że jego życie nabiera rozpędu, a Twoje stoi w miejscu? Wiem, że to wraca co jakiś czas. Do mnie też. Nie ma co ukrywać. Najczęściej przychodzi wtedy, kiedy zaczynam porównywać swoje życie do innych, stawiać na szali swój i ich wiek i wiedząc, że to bez sensu – porównywać to.

Wiele razy zastanawiałam się, co mogę robić w życiu. Jak wiesz, miałam kilka przełomowych momentów, które wręcz rozkazały mi się zatrzymać i pomyśleć, co dalej. I choć niby wiedziałam, zastanawiałam się, czy to ma sens. Czy chcę, żeby moje życie pozostało takie zwykłe. Najważniejszą decyzją jaką podjęłam, było zrozumienie, że nie muszę odnosić sukcesów takich, do jakich przywykło społeczeństwo. To nie muszą być medale, to nie muszą być konkursy, zawody i zarządzanie ogromną grupą ludzi. Postanowiłam  spróbować robić coś, co sprawia mi radość. I robić to jak najlepiej. Zaczęłam pisać. Nie artykuły do gazety, nie suche fakty, ale teksty, które poprawiają komuś humor, które zmuszają do refleksji, które sprawiają, że ktoś zwyczajnie poczuje się lepiej. Egoistycznie Ci powiem, że mi też to pomaga. Kiedyś pisałam w ramach terapii – na życiowym zakręcie łapiesz się każdej możliwości, która pomoże Ci się pozbierać i złożyć do kupy. Potem, z radości pisania, teraz – wiem, że powinnam to robić. Że to jest coś, co chyba jest mi pisane. Widzisz, całe życie kręciłam się wokół pisania, ale nigdy nie miałam takiej odwagi i determinacji jak dziś. Gdzie mnie to zaprowadzi? Nie wiem. Szczerze nie wiem. Nie chcę być kolejną E L James, nie chcę być kolejnym Zafonem, Schmittem czy Coelho. Chcę być sobą, bo wierzę, że mam coś do zaoferowania temu światu i może wyniknąć z tego dużo dobrego. Czy to jest moje powołanie? Nie wiem. Ale spróbuję się przekonać, inaczej się nie dowiem. Kończąc studia mało kto wie, w którą stronę iść, czy kierunek, na którym studiowało się 5 lat, jest tym czymś. Życiowe zakręty i ścieżki kariery – kurcze, ja sama nie wiedziałam, co mam robić! Jeszcze mając 29 lat zastanawiałam się, czy robię faktycznie to, co powinnam. I jeśli łapiesz się na tym samym, jeśli nie wiesz, co w życiu robić, próbuj. Próbuj wszystkiego, nawet jeśli uważasz, ze to bez sensu, że to na chwilę, że to przejściowe – nigdy nie wiesz, czego Cię to nauczy i czy dzięki temu nie odkryjesz właśnie swojego powołania. Widzisz, pamiętam taką scenę z jednego z religijnych filmów o narodzinach Jezusa. Kiedy Dzieciątko się urodziło, przyszli powitać go pasterze. Jeden z nich powiedział, że całe życie myślał, że Bóg nie ma dla niego żadnego planu, że nic wielkiego w życiu nie osiągnie. Powitał na świecie Syna Bożego. On – zwykły pasterz w potarganym ubraniu, o lasce, doznał zaszczytu, o jakim marzyło wielu. Kiedy był już bardzo dojrzałym mężczyzną.

Bo można wieść zwykłe życie i robić w nim niezwykłe rzeczy.

cof