Ta jedna rzecz sprawiła, że uniknęliśmy kryzysu w związku, kiedy urodziło się dziecko

Ta jedna rzecz sprawiła, że uniknęliśmy kryzysu w związku, kiedy urodziło się dziecko

„Po urodzeniu dziecka nic się nie zmieni, będzie jak dotychczas. Po prostu będziecie teraz w trójkę” – słyszałam wiele razy, a Ty? I gdyby tak na to spojrzeć – faktycznie, nic się nie zmienia. Dzień ma wciąż 24 godziny, po wiośnie przychodzi lato, woda na kawę zagotowuje się w takim samym tempie, a dom sam się nie posprząta. Wszystko jest takie, jak było. Świat się na chwilę zatrzymał, urodził się mały, upragniony człowiek i znów ruszył tym samym tempem. Małe dzieci dużo śpią, będziecie z nim podróżować, chodzić po mieście. Nie będziecie zmieniać swoich przyzwyczajeń. Wszystko będzie takie, jakie było. Tylko teraz we troje. A przecież dziecko tylko umacnia związek! Tylko… dlaczego chodzę wciąż niewyspana, pięć razy odgrzewam kawę w mikrofalówce, nie mam czasu ugotować porządnego obiadu, a czasem nawet zjeść kanapki. Czasu brakuje, doba się nie wydłuża, dziecko jest pępkiem Twojego wszechświata. Kochasz całym sercem Ty, i on. A jednak. Jest ciężko. Dla świata nie zmieniło się nic, a dla Was – wszystko. Narodziny dziecko są… poważnym sprawdzianem dla związku.

Opinia, że po urodzeniu dziecka nic się nie zmienia, ma tyle wspólnego z prawdą jak to, że gdy w ciąży założysz korale, dziecko obwiąże się pępowiną. Tak, moim zdaniem można włożyć ją między ciążowe mity. Kiedy urodziło nam się dziecko, nawet nie próbowaliśmy udawać, że nic się nie zmieniło. Zmieniło się wszystko. Niemal na każdej płaszczyźnie – zaczynając od nowych ról, w jakie się wcieliliśmy, poprzez organizację domu i czasu wolnego, życie zawodowe i towarzyskie (czy jest coś takiego, kiedy rodzi się dziecko?). I kiedy ten mały, dwu kilogramowy człowiek pierwszy raz zapłakał na mojej piersi i popatrzył na nas tymi czarnymi oczkami wiedzieliśmy, że już nic nie będzie takie, jak przedtem. I trzeba mieć świadomość tego, że…

DZIECKO WIELE ZMIENIA

Kiedy urodziło nam się dziecko, celowo zaznaczam – NAM – nie MI – ja zostałam na macierzyńskim, Radek wrócił do pracy. Wiecie czemu to zaznaczyłam? Bo czasem mam wrażenie, że dziecko urodził sobie jeden z rodziców, a tym samym cała opieka nam maleństwem spadła na niego. Tak nie jest. Dziecko jest wspólne, ma oboje rodziców i dobrze by było, gdyby we dwoje się nim opiekowali. Przez pierwsze dwa lata bycia mamą nie pracowałam zawodowo. Wtedy też jak nigdy zrozumiałam, że siedzenie z dzieckiem w domu nie ma nic wspólnego z relaksem, a urlop macierzyński i wychowawczy nigdy nie powinien nazywać się urlopem. Siedzenie z dzieckiem w domu jest tak samo ciężkim zajęciem, jak praca na etacie. Miałam o tyle szczęścia, że mój mąż po pierwsze bardzo aktywnie uczestniczył w życiu rodzinnym, a po drugie rozumiał, że ja w domu nie leżę i nie pachnę. Po pracy, obojętnie o której wrócił, zawsze zajmował się dzieckiem. Nigdy nie narzekał, że jest zmęczony, starał nie brać dodatkowych zajęć, żeby kilka godzin spędzić z synem i… dać mi trochę czasu na odpoczynek, na wypicie ciepłej kawy, albo samodzielne wyskoczenie do sklepu lub kina z przyjaciółką, co wtedy traktowałam niemal jak wyjście na imprezę. Miał wymagającą pracę – kiedy urodził się Kacper, Radek rozkręcał firmę. Było bardzo intensywnie, ale zwyczajnie chciał być z dzieckiem i doceniał to, co robiłam w domu. Nigdy nie zapytał, czym mogę być zmęczona, skoro cały dzień siedziałam w domu – i tutaj należą się ogromne uściski dla mojej teściowej, że tak wychowała syna. Nigdy nie porównywaliśmy, kto pracuje ciężej, przecież to totalny absurd! Nigdy nie poprawialiśmy się, że jedno z nas robi coś przy dziecku lepiej, a drugie nie potrafi – a często, niestety, słyszy się takie uwagi w towarzystwie. Kiedy były dni wolne, zawsze mieliśmy zasadę, że kto wstaje do dziecko w nocy, ten rano dłużej śpi, żeby mniej więcej być wyspanym, żeby funkcjonować. Docenialiśmy i doceniamy swój wkład w życie rodzinne, wspieramy się i jesteśmy sobie za to zwyczajnie wdzięczni. To nie jest bohaterstwo mojego męża zasługujące na oklaski na stojąco. To się nazywa:

WZAJEMNY SZACUNEK.

„On pracuje, więc musi odpocząć” – ok, tak samo musi odpocząć jak kobieta, która jest z dzieckiem w domu. Koleżanka powiedziała mi kiedyś, że strasznie się boi, że zaśnie przy dziecku w ciągu dnia, bo jest tak wykończona. Mały miał kolki i spała po kilka godzin dziennie. Z przerwami. Zapytałam, dlaczego mąż nie wstaje czasem do małego. Powiedziała, że on nie chce wstawać, bo musi być wypoczęty kolejnego dnia do pracy, więc ona go nie budzi. Nawet przeniosła się do pokoiku dziecięcego, żeby mu nie przeszkadzać. Brzmiało to trochę tak, jakby on zarabiał, więc ustala tutaj zasady. Smutne, prawda? Skoro kochamy się, razem decydujemy się na dziecko, jesteśmy rodziną – razem o nią dbamy. Pieniądze są ważne, ale nie powinny być kartą przetargową. Nie da się opiekować dzieckiem 24 godziny na dobę, nie da się wszystkiego robić samemu – dobra, da się. Wiem, że często tak właśnie jest i boli mnie to strasznie, bo rodzi to najpierw niezadowolenie, potem frustrację, kłótnie i w końcu kryzys. Jeśli jedna ze stron tego nie rozumie, nie docenia, umniejsza zasługi drugiej – to nie jest normalne, tutaj nie ma szacunku. A związek bez szacunku nie jest normalnym związkiem. Dzisiaj pracujemy oboje. Zanim Kacper chodził do przedszkola robiliśmy tak, że ja siadałam do pracy, kiedy Radek z niej wracał. Ostatnio wpadłam na wyjątkowy szalony pomysł, który wymaga nowej organizacji naszego życia rodzinnego i kiedy powiedziałam o tym mężowi, usłyszałam: Masz się rozwijać. Skoro chcesz to robić, zrobimy tak, żeby to się udało. Szacunek i wzajemne zrozumienie po urodzeniu dziecka wynika też z tego, a może przede wszystkim z tego, że nie zamknęliśmy się w jednej, nowej roli – jesteśmy mamą i tatą, ale i jesteśmy wciąż mężem i żoną. A Wy…

PAMIĘTACIE O SOBIE?

Rodzi się dziecko i przejmuje całą Waszą uwagę. Maluszek chce być wciąż w centrum zainteresowania. Chce być noszony, przytulany i cały czas przy mamie. To całkiem normalne. Kochacie całym sercem, chcecie dać mu wszystko i… zapominacie o sobie. Skąd wiem? Bo u nas było to samo. Po czasie zorientowaliśmy się, że poświęcając uwagę sobie, nie robimy krzywdy dziecku. Ono na tym nic nie traci, a jedynie zyskuje. Kolejna rzecz to… człowiek jest tak wykończony, że zwyczajnie nie ma siły na amory. Pada spocony na kanapę, czasem nawet nie ma siły się wykąpać. Jedyne o czym marzy, to nie dziki seks w jedwabnej koszulce i czerwonych szpilkach, ale… ciepła kawa, przytulenie, prysznic dłuższy niż 3 minuty i słowa: „Rozumiem Cię. Masz prawo być zmęczona. Damy radę, to minie”. Zrozumienie i dbanie o relacje. My dzisiaj staramy się raz na jakiś czas wyskoczyć na randkę, albo chociaż spędzić wspólny wieczór. I choć z początku było trudno, staraliśmy się nie zapominać, że musimy też dbać o swój związek, jako relację dwojga kochających się ludzi. Powiedzie mi, że nam jest łatwiej, bo mamy tylko jedno dziecko. Już to słyszałam. Widzicie, my drugiego dziecko póki co mieć nie możemy. Nie, że nie chcemy. Zwyczajnie nie możemy. I to powoduje inne problemy, z którymi musimy się zmierzyć. Nie ułatwia to sytuacji. Wcale. Jest jednak coś, co pomaga nam rozwiązywać wszystkie gorsze dni i unikamy dzięki temu kryzysów. To…

ROZMOWA

Nie jestem psychologiem, nie jestem seksuologiem, nie jestem specjalistą od związków – wiem jednak coś, co do czego nie trzeba mieć skończonych studiów, ani papierków potwierdzających kompetencje. Rozmowa i wzajemny szacunek to coś, co potrafi uchronić związek przed kryzysem nie tylko kiedy pojawi się dziecko, ale i prawdziwe kłopoty. Czy u nas zawsze jest zgodnie? A skąd! Mamy swoje charakterki, ja dodatkowo po tatusiu, jak to zawsze mąż mi wypomni – sprzeczamy się, jak każdy normalny związek dwóch zupełnie innych osób 🙂 Jestem i zawsze byłam zwolennikiem rozmowy. Zarówno ja, jak i Radek uważamy, że wszystkie problemy trzeba rozwiązywać na bieżąco. Bo ciężko budować dobre relacje nie rozmawiając, zamiatając problemy pod dywan. Póki ich nie widać, jest dobrze. Ale kiedyś uzbiera się ich tyle, że ktoś się o nie potknie. Jeśli jest problem – trzeba go rozwiązać. Trzeba – bo on sam się nie rozwiąże.

Dziecko scala rodzinę, dziecko zbliża Was do siebie. W końcu – dziecko nie powoduje kryzysów w związku. Kryzys powodują dorośli ludzie. Dorośli ludzie, którzy przestają ze sobą rozmawiać – o oczekiwaniach, pragnieniach, o sobie, życiu. Nie liczcie na to, że po urodzeniu dziecka będzie jak dawniej – będzie inaczej. Będzie zwyczajnie inaczej – a czy lepiej, czy gorzej, zależy od Was. I tego, czy będziecie udawać, że nic się nie zmieniło, czy uczyć się nowej rzeczywistości. Razem.

I… czy będziecie o tym wszystkim potrafili rozmawiać.