Słowa, które NIGDY nie powinny zostać powiedziane

Siedziałam na zielonym krzesełku. Byłam tam już ponad godzinę i z nudów zliczyłam wszystkie ubytki w kafelkach. Co jakiś czas obserwując zdenerwowanych ludzi, którzy nerwowo wstawali z krzesełek. ZUS. Przyjechałam oddać zwolnienie lekarskie. To już było trzecie po operacji. W 2016 roku trzeba było załatwiać takie sprawy osobiście. I o ile spotkanie z Panią przy stoliku była bardzo miłe, o tyle rozmowa chwilę wcześniej sprawiła, że nie dość, że na chwilę straciłam grunt pod nogami, to jeszcze tak mną wstrząsnęła, że do dziś wolę powiedzieć mniej, niż więcej.

Kiedy wynalazłam już dziesiątą dziurę w podłodze, dosiadł się do mnie młody chłopak z mamą. Był niewiele starszy ode mnie. Miał złamaną rękę, jak się później okazało, wypadek na budowie. I tak od słowa do słowa, zapytał co mi jest. Był dość bezpośredni, ale umówmy się – mój wielki opatrunek na pół szyi rzucał się od razu w oczy. I wiecie, zazwyczaj kiedy mówię, co mi było, spotykam się ze współczuciem lub totalnym olaniem tematu, że to nic takiego przecież. Tym razem było zupełnie inaczej. Chłopak wysłuchał mojej krótkiej historii, popatrzył na mamę, jakby szukając poparcia i powiedział: „Całkiem dobrze wyglądasz, choć wszyscy wiemy, że rak to choroba podstępna. Tydzień temu byliśmy u koleżanki, młoda dziewczyna, może w Twoim wieku. Rak żołądka. Przeszła chemię, wycięli jej część żołądka, dostała żywienie poza jelitowe i wiesz, załatwia się do takiego woreczka. Pojechaliśmy się pożegnać, bo kto wie, ile jej zostało. A teraz rodzina lata załatwiać formalności, póki Iwona jeszcze żyje. Dobrze, że Ty o tym pomyślałaś wcześniej”.

Ścięło mnie z nóg.

Jak zawsze jestem wygadana, tak tym razem nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Patrzyłam na niego i trawiłam słowo po słowie. Z opresji wybawiła mnie Pani, która poprosiła mnie do stolika. Musiałam wyglądać koszmarnie, bo kiedy usiadłam, zapytała, czy wszystko w porządku, czy dobrze się czuję. Oddałam papiery i zapytałam, czy mogę już iść. Nawet nie pamiętam, czy powiedziałam do widzenia. Wyszłam na podwórko, zaczerpnęłam powietrza i gapiłam się bez celu przed siebie. Po chwili zadzwoniłam po męża, wsiadłam do samochodu i pojechaliśmy na duże lody.

Dziś, kiedy po czterech latach przypominam sobie tę historię, tak jak wtedy cierpnie mi skóra i czuję niemoc. Najgorsze uczucie na świecie – niemoc. Bo co ja mogę. Ja niewiele, ale Ty już tak.

Dawno temu napisałam tekst, jak rozmawiać z osobami po raku i jak pocieszać – bo to bardzo trudne tematy. Do dziś są bardzo często wyszukiwane, a ta powyższa sytuacja dowodzi, że trzeba o tym pisać. Straszyć i dołować – to ostatnia rzecz, jakiej człowiek potrzebuje. Nawet jeśli ten chłopak nie miał złych intencji, bo wierzę, że tak było – wyobraźnia kogoś, kto leczy nowotwór, działa zdecydowanie szybciej, niż logiczne myślenie. To tak, jakbyś koleżance w ciąży powiedziała, że ma się nie cieszyć, bo Twoja kuzynka była w wyższej ciąży i poroniła. Ja wiem, że niektórzy ludzie mają ogromną potrzebę mówienia. Jeszcze inni tak niskie pokłady empatii, że kompletnie nie zdają sobie sprawy z tego, że słowami tak mocno Cię krzywdzą. Kiedy byłam w ciąży, ktoś mnie zapytał, jaka jest szansa, że tym razem ciążę donoszę. Niby zwykłe pytanie, a jednak swoje przepłakałam.

Wiesz czemu?

Bo ja, tak jak i każdy na moim miejscu, zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. Tak samo jak i ja, jak i każdy inny na moim miejscu, chciałam bardzo wierzyć w to, że ten zły sen się skończy i będę zdrowa. Po prostu zdrowa i będę nadal wiodła swoje nudne życie, chodziła do sklepu po masło i chleb, a wieczorem oglądała z mężem ckliwe komedie romantyczne i zbierała z podłogi brudne skarpetki. Każdy z nas chce po prostu żyć. A nie ma chyba nic gorszego, niż uświadamiania, że może Ci się przecież nie udać. Nie rób tego – jeśli nie masz do powiedzenia nic miłego, po prostu zamilknij. A zrobisz tym dużo dobrego, więcej niż Ci się wydaje.

Bo nie odbierzesz nadziei.