Nie współczuj ludziom, zwłaszcza bliskim

Kiedy zachorowałam, najbardziej bałam się biernego współczucia. Bałam się, że gdziekolwiek pójdę, ludzie będą na mnie patrzeć z politowaniem, płakać i zastanawiać się, czy można się do mnie uśmiechnąć – miałam wrażenie, że w wielu przypadkach na mój widok rogal zadowolonej buzi zmieniał się w smutną podkowę. Bo nie wypada się przy chorym śmiać. Chorować w młodym wieku jakby też nie wypada, a jednak to się zdarza. I choć wierzę, że z całego serca jest Ci smutno, że ktoś bliski choruje, źle mu się wiedzie, nie współczuj mu. Możesz o wiele więcej, uwierz mi.

„Kiedy dowiedziałam się, że mam bardzo wysoki cholesterol, spanikowałam. Dosłownie. Nie wyobrażałam sobie, że w wieku 25 lat mam łykać takie tabletki, jak mój dziadek. Nie byłam nigdy gruba, co prawda nie stroniłam od kalorycznego jedzenia, ale… no ale byłam młoda! Jaki cholesterol!? Jak się później okazało, mają go wszyscy z mojej rodziny, od strony taty i mamy, łącznie z ich rodzeństwem i dziadkami. Także razem z głową do biznesu i talentem do liczenia dostałam w pakiecie cholesterol. I to w dawce takiej, że starczyłoby dla dwóch. Kiedy wróciłam ze szpitala do domu, popłakałam się nad kuchennym blatem. Otworzyłam szafki i zaczęłam się zastanawiać, czy teraz będę jadła tylko trawę. Dosłownie. O gotowaniu nie miałam pojęcia, od lat żywiłam się na mieście.

Wtedy zadzwniła do mnie przyjaciółka z pytaniem, jak się czuję i czy idę z nimi na kolację do nowej meksykańskiej knajpki. Dowiedziałam się też, że bardzo mi współczuje i trzyma za mnie kciuki, żeby wszystko się udało. Poszli sami. Kolejne dni nie były proste. U mnie w domu nigdy nie było domowych obiadków, raczej zawsze gotowce, albo jedzenie na mieście. I nie będę kłamała, że mi to nie odpowiadało. Pewnie pomyślisz, dlaczego nie zaczęłam sama sobie gotować? Widzisz, gotowanie jest dla mnie tak skomplikowane, jak dla innych trygonometria. Nie umiałam. Po prostu. Nie wiedziałam jak się za to zabrać. Tego dnia zjadłam na kolację trzy banany, bo wydawały mi się najbardziej zdrowe z tego, co miałam w domu.

W sobotę rano zgonił mnie z łóżka dzwonek do drzwi. Była 8.30, burczało mi w brzuchu, byłam zła, że poprzedniego dnia olali mnie przyjaciele. Zwlokłam się z łóżka. Za drzwiami stała Justyna, moja kuzynka. Uśmiechnięta, z siatami wypakowanymi po brzegi zapytała: „Zdążyłam na śniadanie?”. Miałam jej ochotę trzasnąć drzwiami przed nosem. Ta jednak obroniła się wielką siatą ziemniaków. Weszła do kuchni, rozłożyła siatki na stole i powiedziała: „To idź się ubieraj i zaczynamy naukę”. Nie miałam pojęcia, o co jej chodziło, co Justyna szybko wychwyciła: „Zaczynamy naukę gotowanie. Rozmawiałam wczoraj o Tobie z babcią Stasią. Jest mi wstyd, że dopiero dzisiaj do Ciebie przyszłam, ale no trudno. Lepiej późno, niż wcale. Babcia powiedziała mi, że od współczucia jeszcze nikomu się nie polepszyło. Ale już od pomocy, to tak. No idź już, dziś pichcimy!”

Justyna, studentka medycyny, wytłumaczyła mi wszystko, co związane z cholesterolem i nauczyła gotować. Nie, nie w jeden dzień. Właściwie wspólne gotowanie stało się naszą tradycją! I co najważniejsze: radę babci Stasi zapamiętam na zawsze. „Od współczucia jeszcze nikomu się nie polepszyło. Od pomocy już tak”. Powiedz o tym na blogu, proszę, to nie ma znaczenia, czy ktoś jest chory, czy zostawiła go żona, stracił pracę czy złamał nogę. Poświęćmy mu chwilę czasu. Bez współczucia, a z pomocą”.

Te słowa bardzo zapadły mi w pamięć i myślę, że są kwintesencją tego, co chciałabym Wam dzisiaj powiedzieć. Wiem, że jeśli komuś bliskiemu dzieje się coś złego, włączają się w Was pokłady współczucia. To naturalne, normalne, dobre! Kiedy w rodzinie rodzi się dziecko, albo wszyscy zwalają się do domu je zobaczyć, albo nie odwiedzają, bo niech ta młoda mam się ogarnie i nie będziemy jej stawiać w sytuacji, żeby czuła się zobowiązana przygotować nam kawę czy coś do przekąszenia. I wiesz, zgadzam się, żeby nie stawiać młodej mamy w sytuacji, aby czuła się zobowiązana coś przygotować, ale jak najbardziej jestem za tym, żeby ją odwiedzić. Z ciastem, zapiekanką na dwa zni, po to aby zabrać starsze dziecko na spacer, przynieść po drodze zakupy, albo pomóc w jakikolwiek inny sposób. To nic nie kosztuje, a może być ogromnym wsparciem! Kiedy byłam po operacji, moja mama gotowała nam obiady. Kiedy nie wyrobiłam z przygotowaniami na imieniny synka, przyjaciółka w nocy upiekła mi ciasta i przywiozła rano. Czasem można zawieźć do lekarza, można odebrać receptę, można przynieść książki z biblioteki, można zabrać do kina, wyciągnąć na kolację, można rozwiesić pranie i zapełnić barek czekoladą. Można dać ramiona do przytulenia i rękaw do wypłakania. Jest tyle „opcji”, które mogą zastąpić słowo „współczuję” i pokazać, że jesteś obok, kiedy jesteś potrzebny. Bo to człowiek, nie słowo rzucone z grzeczności, mogą realnie pomóc. A jeśli nie wiesz co zrobić, zapytaj konkretnie.

„Ale co ja niby mogę zrobić” – możesz dużo, ale to wymaga poświęcenia Twojego czasu. Nie pieniędzy, nie podzielenia się rzaczmi, ale przede wszystkim Twojego czasu. Czyli czegoś najcenniejszego, co możesz komuś dać.

I naprawdę, nie współczuj.

Zaproś na kawę. Tyle na początku wystarczy.