Moje dziecko nie musi być najmądrzejsze w grupie. Wymagam więcej…

Moje dziecko musi być
NAJSZCZĘŚLIWSZE w grupie

Tak, moje dziecko musi być szczęśliwe. Taki postawiliśmy sobie cel, tego właśnie chcemy z mężem. Nasze dziecko ma się rozwijać, ma się uczyć, ma być kreatywne. Ma się też bawić, popełniać błędy, mieć fantastyczne dzieciństwo. Ma być szczęśliwe.

Znam osoby, których rodzice mieli ambicje, aby ich dzieci były najmądrzejsze. Znam osoby, które mają takie ambicje wobec własnych dzieci. I generalnie nie ma za co ich winić – chcą zapewnić dzieciom dobrą przyszłość, lepsze szanse w coraz bardziej wymagającym świecie, szanse na lepszą pracę i lepsze życie. Zapisują więc dzieciaki już od przedszkola na kursy językowe, zajęcia sportowe oraz lekcje muzyki. Fajnie. Ale z czasem zajęć przybywa. Dodatkowe lekcje matematyki, fizyki. A w domu siedzenie z podręcznikiem i nauka dwóch lekcji do przodu, żeby dziecko było lepsze od innych na zajęciach. Dobrze jest rozwijać zainteresowania dziecka, bardzo dobrze. Ale czy w pogodni za tym lepszym i za spełnieniem własnych ambicji nie odbieramy dziecku radości z codzienności?

Radości z dzieciństwa, które z założenia powinno być beztroskie?

Owszem, dziecko się uczy. Ale kiedy tej nauki jest już bardzo dużo, kiedy staje się naszym widzimisię, przestaje być radością, a staje się przykrym obowiązkiem. Kiedy dziecko zamiast biec na boisko pobawić się z rówieśnikami, siedzi w domu i bierze dodatkowe lekcje matmy nie dlatego, że sobie nie radzi, ale dlatego, żeby było lepsze od innych… to staje się męczące.

Chcę żeby moje dziecko poszerzało swoją wiedzę, ale też chcę żeby miało fantastyczne dzieciństwo. Chcę, żeby na pytanie co robiło w sobotę, nie skarżyło się, że jeździło z jednych dodatkowych lekcji na drugie i z utęsknieniem patrzyło, jak rówieśnicy bawią się w domku na drzewie, ale żeby powiedziało: „Pojechałem z rodzicami na piknik. Graliśmy z tatą w piłkę, a później jedliśmy smakołyki z koszyka i graliśmy w gry planszowe”.

Bo nie chcę być rodzicem, który pracuje dniami i nocami, żeby zapewnić dziecku te dodatkowe zajęcia, który swoją nieobecność rekompensuje drogimi prezentami i lekcjami. Chcę być rodzicem obecnym w życiu dziecka. Bo dla małego dziecka frajdą jest czas spędzony z rodzicami, a nie w towarzystwie obcych ludzi.

Czy przedszkolak potrzebuje zajęć dodatkowych? Chyba nie. To co robi w przedszkolu, w domu z rodzicami w zupełności mu wystarcza. Bieganie po domu, poznawanie nowych rzeczy, chodzenie na zajęcia, które lubi, nawet gotowanie – wszystko to moim zdaniem sprawia, że dziecko się rozwija. Przebywanie z rodziną dla malucha jest najważniejsze. Ono ma się czuć dobrze, bezpiecznie, ma się bawić, bo to go rozwija. Wysyłanie go na zajęcia, które mu się nie podobają, które go nudzą bądź stresują nie jest dobrym pomysłem.

Bo na siłę jeszcze nikt rozwoju nie przyspieszył, o ile w ogóle da się go przyspieszyć.

A zahamować go już dużo łatwiej, zabić ciekawość i naturalną chęć poznawania nowego. Tak samo jak czerpanie radości z codzienności. Nie męczmy przedszkolaków. Pozwólmy im na „nierozwojowe” spędzanie czasu. Pozwólmy im być szczęśliwymi, najszczęśliwszymi przedszkolakami pod słońcem.

Żebyście nie zrozumieli mnie źle. Jestem za zajęciami dodatkowymi, które pozwalają dzieciom poznać coś nowego, rozwijają jego zainteresowania. Sama w takich uczestniczyłam, kiedy byłam starszym dzieckiem. Ale nigdy rodzice mnie do nich nie zmuszali. Dziś też jestem za tym, aby zachować we wszystkim umiar. Bo jest czas na naukę, czas na zabawę i czas najważniejszy – czas na wspólne chwile przedszkolaka z rodziną. Czy taki umiar sprawi, że moje dziecko będzie szczęśliwe? Bardzo w to wierzę!