Miałam Plan: Być mamą idealną

Miałam Plan: Być mamą idealną

Do większości życiowych ról starasz się przygotować. Także do tej najważniejszej: do bycia mamą. Bo choć wiesz, że życie może być zaskakujące, chcesz być przygotowana. Mieć nie tylko plan A, ale i kilka kolejnych liter z alfabetu. Bo choć wiesz, że może zdarzyć się coś, czego nie przewidziałaś, chcesz być gotowa i mieć kilka rozwiązań w zanadrzu.

W swoim otoczeniu, podobnie jak ja, masz mnóstwo mam. Obserwujesz, pytasz, radzisz się. Oglądasz różne modele wychowania i w głowie układa Ci się zarys tego, co kiedyś może wykorzystasz. Przyglądasz się relacjom, jakie panują pomiędzy rodzicami  i dziećmi. Zastanawiasz się, jak będzie wyglądała Twoja. Czytasz tak jak i ja poradniki, miesięczniki dla przyszłych rodziców i przeglądasz strony internetowe o rodzicielstwie. I chcesz być idealna. Zapominając, że to, co uważasz za porażkę, może być Twoim sukcesem.

Powiedziałam mężowi, że jeśli kolejny skurcz będzie mocniejszy od poprzedniego, biorę znieczulenie. Miałam rodzić bez niego. Matko, ile ja się naczytałam złego o znieczuleniu zewnątrzoponowym. Ja? Znieczulenie? Nigdy! Sytuacja mnie przerosła, na co przygotowana nie byłam. Oddychałam przeponą, miałam TENS, chodziłam, ale kurde jak tu się relaksować jak czujesz ból od czubka głowy po same pięty! Nie zdążyłam wziąć znieczulenia, ale gdybym mogła – wzięłabym.

Jesteś wymęczona, powiedziała moja mama. Weź butelkę, spróbuj. Nie chciałam. Nie potrafiłam poradzić sobie z tym, że nie dawałam rady karmić tak, jak chciałam. Jak to butelka już po trzech tygodniach? Przecież ja miałam karmić wyłącznie piersią przez pół roku, miałam nawet opracowany plan odstawienia dziecko od piersi. Dlaczego butelka? Nie chcę być złą, wygodną mamą. Chcę dać dziecku to, co dla niego najlepsze… Uległam. To byłam moja najlepsza decyzja.

Hurra! Brawo synku, udało Ci się! Dwa albo trzy dni trwało odpieluchowanie, szybko prawda? Ale syn miał 2,5 roku już. Tak, wiem późno. Miałam to zrobić tak jak koleżanka, kiedy dziecko skończy półtora roku. Tak planowałam. Sadzać go codziennie, biegać tygodniami ze szmatą, denerwować się na niego i dziwić się, jak on może nie rozumieć, że ma zawołać, jak chce do toalety. Ja poczekałam, aż będzie gotowy. Oszczędziłam stresu sobie i jemu. Bo nie brałam udziału w wyścigu.

I smoczek. W pierwsze święta miał go oddać Mikołajowi. Wiedziałam doskonale, dlaczego miałam to zrobić. Ale nie zrobiłam. Zostawiłam go do spania prawie do 3 urodzin. Wtedy sam go odstawił.

Moje dziecko miało jeść posiłki w foteliku do karmienia. Tak jak w reklamach słoiczków dla dzieci. A ja miałam co najwyżej zrobić samolocik i ładnie zaparkować łyżeczką w jego buzi. Miałam nigdy nie biegać za dzieckiem z łyżeczką po pokoju. Będzie głodne, samo przyjdzie, mówili. A ja robiłam jakiś czas slalomy między zabawkami, żeby zjadł jeszcze jedną porcję zupki. Jeszcze jedną łyżeczkę chociaż.

Miałam nie włączać bajek na youtubie. Kiedy jednak nie przespałam kolejnej nocy, kawę odgrzewałam w mikrofalówce piąty raz, a obiad jadłam na kolację, wtedy odpuściłam. 10 minut bajek jeszcze nikomu nie zaszkodziło. A dla mnie było to zbawieniem.

Miałam plan…

Nazwijmy ją Jowita. Ona tak jak i ja, chciała być mamą idealną. Bo idealnie wychodziły jej wszystkie życiowe role, czego nie raz jej zazdrościłam. Czasem spotykacie na swojej drodze kogoś, kogo życie jest takie, jak w kolorowym magazynie. Czysty dom, obiad na czas, dzieci jedzące brokuły, realizowane pasje, zadbana i piękna, fajna praca i przystojny, dobrze zarabiający mąż. Jowita miała tylko jedną wadę. Coś, co ja zauważyłam dość późno, za to z drugiej strony wystarczająco szybko, żeby w porę zareagować, obudzić się i nie powielać jej błędu. Jowita realizowała wszystko zgodnie z planem. Kosztem nerwów, nieprzespanych nocy, braku czasu dla rodziny i innych mało istotnych rzeczy, jak o nich mówiła. Chciała być idealną mamą, tak jak była idealnym pracownikiem, idealną uczennicą i córką. Bo tego wymagało od niej otoczenie i tego wymagała sama od siebie. Nie potrafiła przyznać się do drobnej porażki, która w jej odczuciu zarysowałaby ten kryształowy obraz, jakim była w oczach innych. W oczach Jowity, ja nie dałam rady. Poddałam się i uległam. Bo nie odpieluchowałam na czas, bo biegałam za dzieckiem z łyżką, bo bawiłam się zamiast uczyć, bo macierzyństwo traktowałam jak życiową rolę, a nie jak kolejne zadanie do odhaczenia na liście.

Każdy z nas ma obok taką Jowitę, która powoduje wyrzuty sumienia i patrząc na nią czujesz, że ona jest lepszą mamą. Bo nie ulega, bo nie daje sobie wejść na głowę, bo potrafi wszystko ogarnąć, bo robi wszystko tak, jak sobie założyła. Konsekwentnie. Co celu. Bo taki był plan.

Bo nie potrafi wyluzować i porażki przekuć w sukces.

Kiedy spotkasz na swojej drodze taką Jowitę, nie zazdrość jej. Ale kiedy spotkasz kogoś, kogo macierzyństwo wygląda inaczej niż zakładał, nie mów mu, że nie dał rady, że poniósł porażkę, że jeszcze długa droga przed nim. Powiedz, że jesteś z tej mamy dumny, że nie zwariowała i potrafiła odpuścić. Że nie brała udziału w wyścigu, tylko skupiła się na tym, co ważne. Na miłości do dziecka. Że nie wypruwała z siebie żył, żeby tylko ktoś nie powiedział, że nie podołała swoim założeniom.

Czy czuję porażkę, że nie realizowałam wszystkich swoich założeń, jakie wymyśliłam będąc w ciąży? Że nie obmyślałam planów i nie stawałam na rzęsach, kiedy moje planowe macierzyństwo nijak miało się do teraźniejszości? Czy czuję porażkę, że nie jestem taką mamą, jaką chciałam być?

Absolutnie nie! Jestem z siebie dumna. Dumna, że nie tkwiłam bez sensu przy swoich przekonaniach i że nie próbowałam za wszelką cenę udowodnić sobie i innym, że jestem idealna. Jestem z siebie dumna, bo dzisiaj jestem dużo lepszą mamą, niż zakładałam że będę.

Zgodnie z planem wyszła mi jedna rzecz: każdego dnia kocham mocniej i daje z siebie więcej, niż dnia poprzedniego.

Jestem z siebie dumna, a Ty?