Mąż nie powinien w domu pomagać. Absolutnie nie!

Zanim jednak do tytułu. Poczytajcie co skłoniło mnie do napisania tego tekstu. Nie powiem, byłam zaskoczona, choć nadal nie wiem…. dlaczego.

Czekaliśmy na gości. Byłam z młodym w kuchni i chyba piekłam ciasto, nie pamiętam. Może szykowałam już stół? Nie ważne. W pewnej chwili do kuchni wszedł mój mąż i powiedział:
– Poodkurzałem już na górze.
– Dziękuję – powiedziałam.
– Za co mi dziękujesz? – zapytał zdziwiony.
– Za to, że poodkurzałeś – powiedziałam zgodnie z prawdą.
– Przecież ja też tu mieszkam i też mogę coś zrobić. Nie masz mi za co dziękować.

Dało mi to na tyle do myślenia, że dziś jestem już absolutnie pewna, że faceci w domu pomagać nie powinni. Nie i koniec i kropka. Bo co to znaczy pomagać? Wykonywać polecenia, pytać co zrobić, być biernym i czekać na rozkazy. „Pomagać” to znaczy, że kobieta jest w domu szefem, ona wszystkim zarządza i oczekuje od niego „pomocy”. Nie partnerstwa, ale pomocy. I po pierwsze, ona nie jest w domu szefem (bo dom z szefem normalnym domem nie jest),a po drugie – partnerstwo nie polega na dzieleniu obowiązków domowych na pół. Równo, żeby czasem jedno nie zrobiło mniej od drugiego. Bo licytacja kto ile zrobił zacznie się wieczorem.

Dla mnie związek to układ partnerski, w którym dwoje dorosłych ludzi dogaduje się i razem tworzy ognisko domowe. Nikt nikomu nie pomaga. Nie ma tu pana i poddanej, czy pani i poddanego. Jak zwał tak zwał. Nikt nikomu tutaj pomagać nie musi. Ba! Nawet nie powinien.

A jeśli facet uważa, że on nie będzie w domu niczego robił, bo to nie jego działka, ewentualnie jak ona go poprosi o pomoc, to dla mnie nie jest facetem. To leń, od którego mama nigdy niczego nie wymagała i myśli, że jak przyniesie pieniądze z pracy to na tym rola męża i ojca się kończy. I jeszcze wypomina, że był 9 godzin w pracy. A co ma powiedzieć ona, która od 6.00 rano jest na nogach z dzieckiem i swój „dzień pracy” na urlopie macierzyńskim kończy o 22.00, bo jaśnie Pan uważa, że był w pracy i zrobił już swoje na dzisiaj? A przepraszam, dzieci nie są jego? To nie jest prawdziwy mężczyzna. Szkoda nerwów na panów i władców wszechświata – oni i tak zawsze mają rację.

Ale popatrzmy też na to z drugiej strony. Znam mnóstwo kobiet, które nie dopuszczają facetów do kuchni, nie pozwalają im sprzątać, prać. Nie, bo zrobią to źle i one będę musiały poprawiać. A później narzekają, że wszystko muszą robić same, że one takie umęczone, a on nie chce palcem kiwnąć. Gdyby mi ktoś ciągle truł nad głową, że robię coś źle, a później by po mnie poprawiał, to najpierw bym się wkurzyła, a potem miałabym to daleko gdzieś. Po co się użerać, skoro jej to sprawia frajdę, a ja mogę mieć wolne. Też wybrałabym drugą opcję.

Dla mnie takie związki kuleją. Nie ma w nich komunikacji, partnerstwa. To nie związki tylko jakieś dziwne układy, w których każdy chce wywalczyć jak najwięcej dla siebie. Ale zaraz, czy my nie gramy w jednej drużynie?

I choć my z mężem twardo podnosimy te haniebne dla polskich rodzin statystyki, które tak bardzo uderzają w godność kobiet, to jesteśmy dalecy od narzekania i licytowania się, kto robi więcej, czy też kto dziś więcej odpoczywał. Bo my odpoczywamy razem – wcześniej jednak ja wyprasuję ubrania i ugotuję obiad, on porąbie drewno i naprawi zepsuty kran w łazience, a później razem położymy spać nasze wspólne dzieci. I razem będziemy odpoczywać.

Bo o takie partnerstwo walczyliśmy.

O partnerstwo, a nie układ. Bo choćby był idealny, układ wciąż pozostaje układem.

PS. i nadal często dziękujemy sobie za wszystko 🙂

fot. Paulina Młynarska