Mam mały budżet, ale wstydzę się powiedzieć o tym ekspedientce – tracę kasę lub wymyślam. Poznaj mój sposób!

Kiedy byłam na studiach, miałam naprawdę ograniczony budżet. Pamiętam do dziś jedną z sukienek, jaką widziałam na wystawie. Krótka, pomarańczowa, z falbanką. Nosiła taką Wioletta w „Brzyduli”. O matko, jaka ona była przepiękna! Materiał, krój, kolor – wszystko było idealne. Dotykałam ją kilka razy, podziwiałam na wystawie kilkanaście razy, właściwie to za każdym razem, jak byłam w centrum handlowym. Był tylko jeden problem – kosztowała w granicach 400 zł. To było całe moje miesięczne stypendium. Kiedy ekspedientka któregoś dnia zapytała mnie, czy chcę przymierzyć i kupić, szybko odpowiedziałam: „Nie, dziękuję. Nie mam żadnej imprezy w najbliższym czasie, tak tylko oglądam”.

Było mi zwyczajnie wstyd, że nie stać mnie na tę sukienkę. Po prostu. Nie wspomnę nawet, ile razy coś mi się bardzo podobało, ale nawet nie chciałam mierzyć, czy też wchodzić do sklepu, bo i tak bym nie kupiła. Po czasie zrozumiałam, że… mieć mały budżet to żaden wstyd. Naprawdę – bo co niby jest w tym dziwnego? Każdy ma raz lepszy, raz gorszy czas. Mało znam ludzi, którzy mogą sobie pozwolić na wszystko, na co tylko mają ochotę. I ja mam tak samo. Dzisiaj jednak wiem, że mały budżet wcale nie oznacza, że musimy kupować byle co i byle jakiej jakości. Bo zamiast kupować kilka tanich rzeczy, można odłożyć na jedną droższą, porządną, która starczy na długo. Ale co w sytuacji, kiedy idziesz do sklepu, oglądasz, ekspedientka dwoi się i troi, żeby coś zaproponować a Ty…?

Nie, nie masz przestać wchodzić do drogich sklepów. One są dla wszystkich 🙂 Powiem Ci, jak robi wiele osób, jakie znam. I wcale ich nie obwiniam o to, że tak robią. Bo i mi się to zdarzało, przyznaję. Bo jednak trudno się czasem przyznać, że nie ma się pieniędzy i nie stać nas na coś ekskluzywnego. Moja koleżanka jest mistrzynią szukania dziury w całym – kiedy ogląda lub mierzy coś, czego i tak nie kupi, zawsze znajdzie milion wad danej rzeczy. Aż sama zazdroszczę jej kreatywności! I o ile ten sposób nie jest szkodliwy, poza oczywiście ogromną stratą czasu ekspedientki i koleżanki, o tyle drugi już nie jest dobry. Są osoby, które kupują, nawet jak mają bardzo ograniczony budżet – bo nie chcą dać po sobie znać, że ich na coś nie stać. I potem mają dziurę w budżecie, brakuje pieniędzy na coś, co było potrzebne. Albo mają w szafie drogą sukienkę, za cenę której kupiłyby dwie inne. Wychodzą ze sklepu z kacem moralnym, bo… co tak naprawdę zyskują? Rzecz, brak pieniędzy i ewentualnie uznanie w oczach ekspedientki, że ma się pieniądze. I to nie jest dobre…

Kilka dni temu byłam na evencie jednej z sieci kosmetycznych. Całość polegała na tym, że miałam wykonaną pielęgnacją twarzy, następnie makijaż, fryzurę i sesję zdjęciową. Później mogłam dokonać zakupów, w dobrych cenach. Po wszystkim opowiedziałam na instastories, jak wyglądało wydarzenie. Marka kosmetyków, z jaką pracowałam nie należała do tanich, o czym wiedziałam doskonale. Co więc wywołało lawinę komentarzy? To, jak robię zakupy z ograniczonym budżetem. Na szczęście reakcje, z jakimi się spotkałam były nie tylko pozytywne, co i pełne podziwu i pytań: „To świetny pomysł, pożyczam!”

Co takiego zrobiłam? Nic szczególnego, to co robię zawsze, kiedy idę na zakupy gdzieś, gdzie jest drogo. W domu przejrzałam zapasy kosmetyków, dodałam do tego moje ostatnie problemy z cerą i obliczyłam, co mogę kupić, czego potrzebuję i przede wszystkim za ile. Kiedy powiedziałam pani ekspedientce czego bym potrzebowała, dodałam od razu coś bardzo ważnego – określiłam swój budżet. Dokładnie określiłam, ile zamierzam wydać pieniędzy i jakiej sumy nie chciałabym przekroczyć.

Pani ekspedientka powiedziała, że super, że jej o tym mówię i razem wybierzemy coś właśnie w tym budżecie. Nie patrzyła na mnie krzywo 🙂 Ekspedientki w sklepach też mają swoje budżety i uwierzcie, że one tak samo jak my, patrzą na ceny kiedy idą na zakupy. Takie podejście bardzo dużo ułatwia – ekspedientka nie musi się dwoić i troić, żeby na coś Was namówić, a wręcz odwrotnie. Pomaga wybrać dobrą rzecz w danym budżecie – często jest tak, że proponuje coś droższego, my odmawiamy i wychodzimy. A w mniejszym budżecie moglibyśmy kupić coś równie dobrego i być zadowolonym! Taki układ win-win.

To podejście stosuję już od dawna, obojętnie gdzie idę. Kiedy wybieram komuś prezent urodzinowy, np. biżuterię, robię dokładnie to samo. Wchodzę do sklepu i proszę o pomoc w wyborze czegoś za np. 50 czy 100 zł. Naprawdę nie udaję, że coś mi się nie podoba tylko dlatego, żeby ukryć fakt, że mnie na coś nie stać. I uważam, że to naprawdę zdrowe i fajne podejście – wydaje tyle, ile chcę i czuję się z tym naprawdę dobrze. Bo mniejszy budżet to nie powód do wstydu.

PS. A sweterek ze zdjęcia, z boskim wiązaniem na plecach kosztował mnie… 30 zł 🙂

Bluzka – orsay
Apaszka – orsay
Torebka i kolczyki – orsay
Spodnie – h&m