Sprzeczki małżeńskie. Nie kłócę się z mężem w towarzystwie…

…robię to dopiero w domu!

Nigdy nie kłócimy się z mężem w towarzystwie. Nie poprawiamy się, nawet jeśli któreś z nas powie za dużo lub coś, co wprawi drugiego w zakłopotanie. Nie oznacza to jednak, ze wszystko sobie puszczamy mimo uszu. Kiedy któreś z nas przesadzi, rozmawiamy o tym, ale w domu.

Jeśli jest już bardzo źle, wzrok mówi tutaj wszystko. Wtedy oboje wiemy, że przesadziliśmy. Kiedy jednak to zawodzi, wystarczy jedno zdanie – „Teraz to już przesadziłeś!”.

Nigdy nie kłócimy się, ani nie poprawiamy się w towarzystwie. I Wam też radzę 🙂 Dlaczego?

  1. Bo nie wypada,
  2. Bo są sprawy, których się nie „wywleka” przy osobach trzecich,
  3. Bo są rzeczy, które załatwia się w cztery oczy,
  4. I tu najważniejszy dla mnie punkt – nie chcemy wprawiać w zakłopotanie naszych znajomych, przyjaciół, towarzystwa.

Nie raz sama byłam świadkiem, kiedy znajomi zaczynali się kłócić, sprzeczać i robić sceny na przyjęciu czy imprezie. Najczęściej kończyło się to tak, że ona zapłakana wychodziła z pomieszczenia, a on albo zostawał z kumplami, albo jechał do domu. Czasem zostawali oboje. Oni i cisza po kłótni. Najgorzej było jednak wtedy, kiedy w swoje problemy zaczynali wciągać towarzystwo. Wówczas sama kapitulowałam i nie obstawałam za żadną ze stron. Zazwyczaj impreza w takich przypadkach się zwyczajnie kończyła, bo atmosfera była tak napięta, jak plandeka na żuku (swoją drogą bardzo podoba mi się to określenie 🙂 ).

Jeśli wśród znajomych lub na jakiejś imprezie wydarzy się coś, co nas zaboli (słowa lub zachowanie), temat zawsze poruszamy dopiero w domu. Bo pogodzić się trzeba. Czytałam kiedyś rozmowę z papieżem Franciszkiem, który powiedział, że można się kłócić, krzyczeć i rzucać talerzami. Ale nigdy nie wolno chodzić spać niepogodzonym. I tego się trzymamy 🙂

Kłótnie w domu mają kilka plusów:

Po pierwsze: minie czas. CZAS! Emocje nieco ostygną i inaczej podchodzi się do tematu.

Po drugie: nie mamy widowni. Nikt się nie wtrąci w rozmowę, nikt nie poczuje się zażenowany naszym zachowaniem.

Po trzecie: nie mamy ograniczeń czasowych na przedyskutowanie tematu.

Po czwarte: mamy gdzie się pogodzić 🙂

I czy to nie wystarczający powód do tego, aby czasem, tak z zasady, pokłócić się? 🙂


*Zanim opublikowałam ten tekst, mąż go przeczytał.
– To co, kiedy się godzimy? – zapytał mój jak zawsze zabawny mąż.
– 18tego – odpowiedziałam ja, jeszcze bardziej zabawna żona 🙂

** Zdjęcie: K.Klińska, www.astistudio.pl