Kiedy ostatni raz walczyłaś?

Kiedy ostatni raz walczyłaś?

W każdą środę ścieram kurze z książek. Nigdy nie robię tego w piątek, ani w sobotę, kiedy sprzątam cały dom. Powód jest banalnie prosty: lubię książki przeglądać, przypominać sobie o czym były. Gdybym ścierała z nich kurze podczas cotygodniowego sprzątania, pewnie nigdy nie wyszłabym z pokoju gościnnego, gdzie trzymam książki, a już o myciu podłóg mogłabym zapomnieć. Zawsze zatrzymuje się koło jednej z moich ulubionych książek, w miętowej okładce, Reginy Brett. Jest tam bardzo fajny cytat: „„…gdy u kresu naszych dni staniemy przed Bogiem,
żeby osądził nasze życie, Bóg zapyta „Gdzie Twoje rany?”. Zbyt wielu odpowie: „Nie mam żadnych ran”. A wtedy Bóg zapyta: „Więc nie znalazłeś nic, o co warto było walczyć?”” .

Kiedy go czytam, zastanawiam się co z moimi ranami. I bynajmniej nie tymi, które widać gołym okiem. Co z tymi ranami, których nie widać, a ukształtowały nas takimi, jakimi jesteśmy. Ile razy znalazło się w życiu coś, o co chciałam zawalczyć i walczyłam. Bo wiedziałam, że warto. Że tego potrzebuję.

Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. To było lato, kilkanaście miesięcy temu, a ja biegałam za Kacperkiem, który uczył się jeździć na rowerze. Zadzwonił mój telefon. To była ona. Powiedziała mi, jaką podjęli decyzję. Z każdym słowem byłam z niej coraz bardziej dumna, a z drugiej strony docierało do mnie, ile walki i poświęcenia będzie ich to kosztowało. Wiedziałam, że od tej pory nic nie będzie już takie, jakim było 5 minut temu. Wiedziałam, że rozpoczyna się nierówna walka z życiem, systemem, otoczeniem, ludźmi. Wiedziałam, że wyleje się morze łez i pojawią się rany. Rany, przed którymi chciałam ją ochronić, bo życie ostatnimi czasy nie było dla niej łaskawe. Cieszyłam się bardzo, a z drugiej strony bardzo się bałam. Bólu, cierpienia i tych ran. I choć w mojej głowie kłębiło się miliony myśli, wiedziałam że muszę ją wspierać.

Zawalczyli.

Podjęli się wyzwania, które zdominowało ich życie na kilkanaście miesięcy. I choć wiedzieli, że będzie ciężko, nie wiedzieli chyba, że aż tak… Nikt tego nie wiedział. A jedna nie zatrzymali się. Bo myślę, że wiele osób dawno powiedziałoby, że nie da rady. Że to dużo. Ja już dawno nie spotkałam nikogo, kto tak bardzo wierzył w marzenia i miłość, bo tutaj o miłość chodziło. Dawno nie spotkałam ludzi, którzy tak bardzo walczyli o drugiego człowieka. Bo wiedzieli, że to ma sens, że robią dobrze, że to jest ich życie. I cokolwiek się nie wydarzy, oni się nie poddadzą. Życie przez ten czas przetestowało tę miłość na miliony sposobów. Ja patrzyłam z boku i mnie to bolało… Nawet nie wyobrażam sobie, jak bolało ich, kiedy każdy kolejny krok zamiast przybliżać do celu, nie tylko się oddalał, ale i rozwarstwiał na kolejne przeszkody, które wyrastały jak grzyby po deszczu. A oni dalej szli do przodu, za rękę, bo wiedzieli że to ma sens i nie można teraz zawrócić.

To, co wydarzyło się na końcu, zaskoczyło wszystkich. Tak, wygrali. I uratowali więcej niż jedno życie.

Wiecie dlaczego Wam o tym piszę? Bo ta sytuacja bardzo mnie mobilizuje i sprawia, że mam siłę zaryzykować i iść do przodu. Zbyt często odpuszczałam, bo paraliżował mnie strach przed porażką. Byłam beznadziejna, bo bałam się zwyczajnie zacząć. Bałam się zawalczyć. Dziś wiem, że innej drogi nie ma. Można całe życie uciekać, można odkładać, ale czy takie życie bez tych ran jest lepsze? Łatwiejsze. Ale tylko tylko. A czy łatwiejsze, znaczy lepsze? No właśnie. Nie. Dziś podjęłam decyzję, że do końca roku zrealizuję przynajmniej 2 projekty, które chodzą mi po głowie od dawna, ale zwyczajnie się bałam za nie wziąć. Tym razem spróbuję, zawalczę. W końcu lepiej żałować tego, co się nie udało, niż tego, czego się nie spróbowało.

Wiecie ile osób odpuszcza sobie będąc już prawie na końcu drogi? Wiecie ilu osobom by się udało, gdyby tego jednego dnia, nie powiedzieli dość? Gdyby wiedzieli, że te rany faktycznie mają sens i warto zawalczyć o siebie? Gdyby wybrali nie „łatwiej” a „lepiej”? Czy dziwię się tym, którzy zawracają? Nie. Bo sama przez lata bałam się nawet na tę ścieżkę wejść, a co dopiero zrobić parę kroków.

Kilka dni temu byłam na prelekcji Agnieszki Jastrzębskiej, szefowej portalu JastrząbPost. Opowiadała nam o swojej zawiłej drodze do sukcesu, która była usłana samymi porażkami. Jedna za drugą. Ktoś ją zapytał, dlaczego w to brnęła, skoro jej pomysł był pasmem porażek. Odpowiadając opowiedziała historię jednej z krajowych spółek finansowych. Założyli ją młodzi chłopcy. Kiedy firma nie przynosiła takich dochodów, jakich się spodziewali i ledwo starczyło za wypłaty, postanowili ją sprzedać. Jakiś czas później biznes wystrzelił i spółka była warta grube miliony. Nie wytrzymali presji, nie mieli determinacji, a może nie wierzyli w sukces?

Czasem trzeba się poddać. A czasem trzeba być realistą i zacząć marzyć. Zawalczyć. Na poddanie się zawsze będzie czas.

A Ty, kiedy ostatni raz o coś walczyłaś?