Jodowanie: pobyt w szpitalu

Na jodowanie czekałam długo, bo prawie pół roku. Kierowane są na niego niemal wszystkie osoby, które mają zdiagnozowanego raka tarczycy. Zamiast chemioterapii, przy tym rodzaju raku odbywa się leczenie jodem radioaktywnym. Nigdzie nie mogłam znaleźć konkretnych informacji, jak wygląda pobyt w szpitalu, co będzie się działo w poszczególne dni, jak będę się czuła i jak długo będzie trwała kwarantanna. Dlatego przygotowałam dla Was mały przewodnik, który z pewnością pozwoli Wam się uspokoić. Bo jodowanie to nic strasznego! W Gliwicach wyglądało to tak…

Dzień1
Do szpitala przyjechałam w środę rano, na czczo. Zgłosiłam się do Zakładu Medycyny Nuklearnej, pokierowali mnie do rejestracji, gdzie wypełniłam wszystkie dokumenty łącznie z ankietą badania poziomu stresu. Chciałam tutaj zaznaczyć 1, ale mąż mnie upomniał, że uznają mnie za zimną i nieczułą, więc zaznaczyłam 3. Spotkałam tu mnóstwo znajomych z operacji, więc od razu humor mi się poprawił widząc wszystkich w doskonałej formie. Po oddaniu dokumentów poszłam na badanie krwi – oprócz podstawowych badań robią też test betaHCG. Ciąża wyklucza jodowanie. Za to jeśli macie okres, nie ma powodów do przekładania jodowania – jestem tego przykładem. Da radę to wytrzymać. Przed południem czekało mnie jeszcze badanie lekarskie, rozmowa z lekarzem, który tłumaczył co i jak będzie po kolei, co mnie czeka. Cierpliwie odpowiadał na wszystkie pytania. Możecie pytać, o co chcecie – tutaj nie ma głupich pytań, a stres i niewiedza jest zrozumiała. Po badaniu czekało mnie USG szyi, tak ok. 12-13. Po wszystkim zeszliśmy z mężem do szatni, przebrałam się w gustowną piżamkę, zostawiłam część rzeczy na dole, a resztę wnieśliśmy na oddział. Niestety, maż nie mógł wejść ze mną dalej. Nie ma tutaj ODWIEDZIN. Ale… jeśli czegoś zapomnicie, bliscy mogą Wam dowieźć. I przekazać w drzwiach, albo na korytarzu. Radek tak dowiózł mi kawę i sałatkę z McDonald’s. Tego dnia dostałyśmy jeden zastrzyk Thyrogen (aby podnieść TSH) i koniec. Wolne. Plotkowanie, oglądanie TV i długie rozmowy do późnych godzin nocnych.

Dzień 2
To dzień odpoczynku. Tego dnia dostałyśmy raz zastrzyk Thyrogen  i wszystko. Czas wolny. Można chodzić po całym szpitalu, wychodzić do baru i sklepu. Chodzić na kawę. Zrelaksować się.

Dzień 3
To dzień jodowania. Rano czekały nas badania laboratoryjne. Później śniadanie, obiad i ok. 13.00 przeszliśmy na oddział dawek wysokich. Mogliśmy jeszcze zejść do szatni, aby zanieść część rzeczy. Wszystko, co zostało wniesiono na oddział dawek wysokich musi tam zostać. Nie wolno NICZEGO wynosić. Ewentualnie telefon, który musiał być zapakowany w woreczki.

POKÓJ: pokoje są nawet duże. Niektóre są jednoosobowe, inne dwuosobowe. W większości jest telewizor i czajnik (warto wziąć czajnik ze sobą, w razie gdyby nie było. Ja wzięłam, ale jak się okazało, że mam w pokoju, to wyniosłam do szatni i zabrałam do domu). Jest łazienka, ale z prysznica można skorzystać dopiero dzień przed scyntygrafią, o czym personel Was poinformuje. Są okna, które można normalnie codziennie otwierać i wietrzyć pokój. Tylko nie zachowujcie się zbyt swobodnie, bo w pokojach są kamery. Serio. Ale to dla Waszego bezpieczeństwa.

Około godziny 14.00 czekało nas JODOWANIE. Zawołali całą grupę, było nas 12 osób, na dół. Pani, która miała nam podawać jod wcześniej opowiedziała, jak będzie to wyglądało. Upewniła się, że wszyscy są i przystąpiła do działania.

JODOWANIE wygląda tak:
Podchodzi się do stolika, gdzie stoi Pani technik. Trzeba powiedzieć, jak się nazywa. Pani technik podaje kubeczek z wodą. Wyjmuje tabletkę z jodem, wkłada ją do takiej długiej rurki i podaje pacjentowi. TABLETKA jest mała, może coś jak apap. Bierze się rurkę do ręki i przechyla tak jak kieliszek. Tabletka wpada do gardła, zapijamy i zmykamy do swojego pokoju. Przez 2 godziny po przyjęciu jodu nie wolno niczego jeść ani pić. NICZEGO. Po tym czasie już spokojnie można. Po przyjęciu tabletki czułam się dobrze, nie odczuwałam żadnych zmian. Podobnie moja współlokatorka.

Przed 17.00 Panie przyniosły kolację. Zostawiają ją na krześle, które trzeba ustawić przy drzwiach. Panie wchodzą, zostawiają tace i wychodzą. Można zamienić z nimi nawet kilka słów. Po zjedzeniu posiłku tace odstawiamy na krzesło, żeby Panie mogły je zabrać i nie zbliżać się do nas. Codziennie jest obchód. Jeśli ktoś się źle poczuje, może wezwać pielęgniarkę. Są telefony. Rodzina może dzwonić, możecie też dzwonić do kolegów i koleżanek z sal obok.

DZIEŃ 4
Od rana mnie mdliło. Nie za bardzo, ale lekko. Czułam dyskomfort. Przeszedł w momencie, kiedy dowiedziałam się, że nie wolno nam wymiotować do toalety, tylko do specjalnych worków, które leżały na łóżku. Później są specjalnie zabezpieczane i przechowywane w magazynie – kiedy jod się ulotni, worki są neutralizowane. Ta wizja wyleczyła mnie raz dwa. Dodatkowo spuchły mi lekko ślinianki – wyglądałam jakbym miała początek świnki. Zgłosiłam to Pani doktor, dostałam ketonal i do wieczora przeszło. Kolejnego dnia nie było już śladu. Później zastanawiałam się, czy moje kiepskie samopoczucie było wynikiem jodu, czy może kolacji, którą podali nam dzień wcześniej – chleb i puszkę makreli w sosie pomidorowym. W każdym razie było w porządku. Piłyśmy dużo wody, jadłyśmy cukierki i plotkowałyśmy do wieczora. I tu ściskam moją Krysię, najlepszą współlokatorkę pod słońcem :*

DZIEŃ 5
Ciąg dalszy kwarantanny. Jak to mówił mój mąż – weekend na Śląsku. Z ręką na sercu – nic nam nie było. Jedzenie w porządku, towarzystwo wyśmienite, kontrola lekarska. Wszystko ok. Tego dnia mogłyśmy się wykąpać. Obok prysznica wisi instrukcja – poczytacie na miejscu. Na kąpiel każdy ma ok. 3 minut. Wchodzi się pod prysznic, włącza wodę, spłukujemy się i wyłączamy. Bardzo dokładnie myjemy się. Łącznie z włosami. Następnie znowu włączamy wodę i spłukujemy się. Jeśli wystarczy wody, można umyć się dwa razy. Jeśli zabraknie wody, bez paniki. Wystarczy pociągnąć sznureczek i pielęgniarka włączy jeszcze raz wodę. Jejku, jak fantastycznie się poczułyśmy po wykąpaniu! Najgorsze jest to, że takie czyste, bez jodu na skórze, choć ubieramy się w nową piżamę, to… przykrywamy się tą samą pościelą. Ale takie są procedury.

DZIEŃ 6
Rano przyszedł do nas Pan technik i badał stężenie jodu w naszym organizmie. Każdy, kto miał poniżej 20 jednostek, mógł wyjść i nadawał się do kontaktu z otoczeniem. Po badaniu poszłyśmy na scyntygrafię – wygląda to podobnie jak tomograf. Skanowanie całego ciała. Później wróciłyśmy na oddział, zjadłyśmy obiad – już w trójkę, bo doszła do nas koleżanka z innej Sali. Zeszłyśmy do szatni, przebrałyśmy się i czekałyśmy na wypis. Każdy indywidualnie szedł na konsultację lekarską. Poznawaliśmy wyniki i dostaliśmy dalsze wskazówki. Ja mam wizytę 9 marca, czyli w dniu moich 30-tych urodzin. A później diagnostykę w listopadzie, jak większość osób, które były razem ze mną na jodowaniu. Lekarz też informuje o czasie kwarantanny od kobiet w ciąży i dzieci do lat 18-tu. U mnie wynosiła zaledwie tydzień, ponieważ wynik badania wykazał, że mam zaledwie 5 jednostek w ciele. Koleżanka, która miała 12 – dostała 14 dni kwarantanny. I do domu!

Nie jest tak źle, mówię Wam. Jeśli przeszliście operację, najgorsze za Wami. Serio! Jutro opublikuję listę rzeczy, które zabrać ze sobą do szpitala, a czego nie zabierać. To Wam się przyda, nawet bardzo.

Trzymajcie się! Pamiętajcie, jeśli macie jakieś pytania odnośnie przebiegu operacji lub jodowania – piszcie śmiało – chętnie odpowiem i dodam otuchy. Możecie pisać na maila kontakt@kinka.com.pl lub wysłać wiadomość na fanpage’u.