Jestem silna, nie będę płakała. A Ty? A ja będę. Właśnie, że będę!

Jestem silna, nie będę płakała. A Ty? A ja będę. Właśnie, że będę!

„Chcę być taka silna jak Ty, nie będę płakać„. Dostaję czasem od Was takie wiadomości.. I wtedy odpowiadam tak samo: „Jeśli płacz jest oznaką słabości, to ja muszę być naprawdę słaba, bo wylałam już morze łez”. I nigdy nie traktowałam tego jako oznaki słabości. Wypłakanie się dawało mi siłę i sprawiało, że zaczynałam czuć się lepiej. Z kompletnej bezsilności, potrafiłam wstać zapłakana ze zdwojoną siłą. Tak, pozwalam sobie na płacz.

Pamiętasz moment, kiedy łzy cisnęły Ci się do oczu, ale bałaś się reakcji otoczenia? Bałaś się swojej reakcji, bo chciałaś przekonać samą siebie, że płacz jest oznaką słabości, a Ty jesteś przecież silna. Pamiętasz, jak nerwowo przełykałaś ślinę i mocno zaciskałaś usta, jak próbowałaś napływające do oczu łzy tłumaczyć klimatyzacją lub alergią? Pamiętasz, jak stało się coś strasznego, a Ty płacząc przepraszałaś otoczenie za to, że… płaczesz? Jak złościłaś się na siebie, że poleciały łzy? Jak oceniłaś się, że jesteś słaba, bo płaczesz?

Pamiętasz moment, kiedy pozwoliłaś sobie na płacz? Na kilka, a może kilkanaście minut płaczu. Takiego, jakiego potrzebowałaś. Płaczu, w którym był smutek, była złość, bezsilność… Płacz, który zawierał w sobie wszystko co, co tłumiło się w Tobie. Pamiętasz, jak się czułaś, kiedy powoli przestawałaś płakać? Pamiętasz to uczucie ukojenia, wewnętrznego spokoju i napływu siły? Bo ja właśnie tak mam. Kiedy wypłaczę wszystkie złe emocje, kiedy pogodzę się z tym, z czym przyszło mi się zmierzyć, dostaję mnóstwo energii. Płacz, jest dla mnie często reakcją na bezsilność i coś, czego nie potrafię wyrazić słowami. Ale nie tylko. Bo łzy są jak słowa, tylko dyktuje je serce, nie głowa…

„Łzy nie są oznaką naszej słabości lecz tym, że nasze serce nie stało się pustynią”
Maria Konopnicka

Płakałam.

Płakałam wtedy, kiedy straciłam ciążę. Płakałam, kiedy poszłam się wykąpać, a łzy mieszały się z gęstymi kroplami wody. Nie wiedziałam, czy ja więcej płaczę, czy więcej wody spływa po mojej twarzy….

Płakałam kiedy rodziłam synka. Płakałam ze szczęścia, kiedy położna położyła mi go na brzuchu, a on otworzył te swoje malutkie oczka i tak na nas zaglądał, jakby chciał powiedzieć: „Mamo, jestem już z Tobą”.

Płakałam, kiedy dowiedziałam się, że jestem chora. Płakałam długo, kilkanaście dni. Bo tego potrzebowałam. Płakałam, bo nie potrafiłam sobie poradzić z tym, co mnie czeka. Mnie i moją rodzinę. Nie potrafiłam sobie wyobrazić ogromu zmian, z jakimi przyjdzie mi się zmierzyć.

Płakałam, kiedy przyjaciółki wychodziły za mąż. Kiedy mówiły słowa przysięgi, mi łzy jak grochy ciekły po policzkach. Łzy radości. Szczęśliwa byłam jak one!

Płakałam, kiedy syn stracił przytomność i czekałam niecierpliwe na karetkę. Płakałam, kiedy otuliłam go kocem, na dworze padał śnieg, a ja tuliłam jak najmocniej wchodząc do karetki, tak jakbym myślała, że moje przytulenie jest lekarstwem na wszystko.

Płakałam, kiedy moi bliscy wychodzili na prostą ze zdrowiem.

Płakałam, kiedy przyjaciółka poroniła, płakałam razem z nią… Przeżywałam bardzo mocno, a każda jej łza sprawiała, że serce pękało mi na miliony kawałków.

Płakałam, kiedy ONA została mamą. Radość, jaka wtedy przepełniała moje serce nie znała granic.

Płakałam, kiedy dowiedziałam się, że jestem zdrowa. Uczucie ulgi, spokoju i oczyszczenia.

Płaczę, kiedy emocje są bardzo silne. Nie tłumię ich w sobie. Płaczę. Bo wiem, że płacz pozwala mi sobie poradzić z emocjami, że kotłowanie ich w sobie jest kompletnie bez sensu. Płaczę kiedy się wzruszam, bo jestem bardzo empatyczna. Nie wstydzę się tego. Płaczę, nie dlatego, że jestem słaba, ale dlatego, że jestem silna.

Bo silne osoby pozwalają sobie na komfort wzruszeń. Tak, celowo użyłam słowa „komfort”. Bo nie każdy sobie na to pozawala. Ja tak. Płaczę rzadko, ale kiedy jest im ciężko, kiedy czuję się bezsilna, wtedy pozwalam sobie na łzy. Tak samo jak wtedy, kiedy jestem bardzo szczęśliwa, kiedy się wzruszam. To są inne łzy, ale ich nie hamuję. Widzieliście kiedyś ojców na porodówkach, którzy wzruszają się trzymając nowo narodzone dziecko? Widzieliście tych umięśnionych facetów, którzy śpiewają maluszkowi kołysankę, a po policzku ciekną łzy? Widzieliście mężczyzn, którzy czuwają przy łóżkach żon czekając, aż one wybudzą się po operacji? Widzieliście, żeby ktoś nazwał ich mazgajami? Nie. Po pierwsze nikt tak nie uważa, a po drugie oni mają daleko gdzieś to, co powiedzą o nich inni.

Dlatego kiedy widzisz, że ktoś płacze, nie mów, żeby przestał. To nie poprawi mu nastroju, nie pomoże rozwiązać żadnego problemu. Bądź przy nim, zapytaj czy możesz jakoś pomóc. Daj ramię do wypłakania się, podaj chusteczkę. Zapewnij, że płacz jest normalną reakcją i pewne sytuacje trzeba wypłakać. Po prostu. Naprawdę wystarczy że będziesz obok. A jeśli ktoś zechce być sam, pozwól mu na to. Ale zapewnij, że będziesz blisko i w każdej chwili możesz przyjść, przytulić, pomilczeć wspólnie. I nie mówię tutaj o płaczu mającym na celu wymuszenie czegoś na kimś, bo takich osób znam wiele. Niestety. Osób, które potrafią płakać na zawołanie, żeby wzbudzić litość w innych. To są skrajne przypadki. I te osoby potrzebują często pomocy specjalisty, bo mogą mieć problem sami ze sobą… To temat na całkiem nową historię.

Kiedyś przeczytałam, że gdy ktoś pozwala sobie przy Tobie na płacz, powinno być dla Ciebie oznaką, że jesteś dla niego ważny. Bo nie przy każdym potrafimy płakać. Dużo łatwiej przychodzi nam zgrywanie twardzieli, niż okazanie przy kimś, pozornie, słabości. Bo płacz nie jest oznaką słabości.

Pozwalasz sobie na płacz?