Jest jeden język, który rozumie Twoje dziecko. I nie, nie jest to język miłości

Co jakiś czas wpadam na dziwne teksty w stylu obsługa niemowlaka i jak zrozumieć język niemowlaka. Do tej pory mi się to nie udało, bo jednak płacz to płacz, grymas to grymas, a krzyk to krzyk – i ciężko rozpoznać, który co zwiastuje. Mimo to, nauczyłam się przy niemowlaku czegoś bardzo ważnego, metodą prób i błędów, obserwacją jego i siebie. Pamiętam, kiedy moje dziecko w nocy płakało, a ja nie miałam pojęcia co mu jest. Jedyne co mogłam zrobić, to wziąć je na ręce, przytulić i tak kołysać pół nocy, aż się uspokoiło. Spokojnie, bez nerwów, czasem na oparach sił. I to okazało się kluczem w dalszym jego wychowaniu.

Kilka dni temu byłam na sali zabaw. Kacperek się bawił z tatą, ja piłam kawę w bezpiecznej strefie dla rodzica, żeby jednak nie wchodzić w tłum rozjuszonych dzieci 🙂 Kiedy tak popijałam moje latte, obserwowałam ludzi wokół. Bardzo lubię to robić. Do stolika obok podeszła mama  z małym chłopczykiem za rękę, na oko niecałe dwa latka. Wkurzona skończyła rozmawiać przez telefon, usiadła przy stoliku, posadziła go obok na krzesełku. Za niecałą minutę podeszła kelnerka z zupą pomidorową. Mama sprawdziła, czy zupa nie jest za gorąca, przesunęła talerz w stronę synka, podała mu łyżkę i… no własnie chyba oczekiwała, że ten maluch usiądzie, weźmie łyżkę do ręki i z uśmiechem na ustach zje posiłek. Brakowało jeszcze serwetki na kolanach. Początkowo byłam pełna zdumienia, że maluch robi to, co mówiła mama. Ale intuicja mnie nie myliła – to był dwulatek. Po dwóch minutach mu się zwyczajnie znudziło. Zaczął wkładać ręce do zupy, wyławiać makaron i tak go jeść. Później wstał z krzesła, chodził wokół stolika, bawił się autkiem i co jakiś czas skubnął trochę zupy. Non stop podchodził do mamy z zabawką, coś jej opowiadał i ewidentnie chciał się z nią bawić. Typowy dwulatek pomyślałam, i uśmiechnęłam się sama do siebie. Bo doskonale pamiętam okres, kiedy mój mały nie chciał jeść i stawaliśmy na głowie, żeby przemycić mu cokolwiek między zabawą, spacerem, a czytaniem bajki. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie reakcja mamy, która zwyczajnie zaczęła na dziecko krzyczeć, jakby wylewać całą złość z nieudanej rozmowy telefonicznej na niczemu niewinnemu dziecku.

  • Co Ty robisz! Gdzie pchasz łapy do zupy, łyżkę masz. Jesteś w kawiarni, więcej Cię nie zabiorę, tak się nie zachowują grzeczne dzieci.

Kiedy spróbowała go posadzić na krzesło, mały mocno zacisnął pięści i zaczął tak samo krzyczeć do niej: Nie, ja nie chce! Nie tak.

Już odchodzę od tego, co znaczy grzeczne dziecko. Ale… Zrobił idealnie to samo, co mama do niego – złość za złość, nerwy za nerwy. Bo dwulatek może nie rozumieć, co to znaczy być w restauracji, bo dwulatek może nie wysiedzieć 15 minut w jednym miejscu. Bo nie każdy dwulatek siada, zjada i idzie się grzecznie bawić. No i co to znaczy grzecznie? Czy to, że chciał atencji mamy oznacza, że jest niegrzeczny? On nie rozumiał, co znaczy usiąść i zjeść, nie rozumiał co znaczy, że mama miała ciężki dzień w pracy, nie rozumiał, dlaczego krzyczy na niego, skoro on się chce z nią bawić. On rozumiał coś zupełnie innego: złość, nerwy, frustrację. On nawet nie musiał tego rozumieć, ale czuł. Emocje to język, który rozumie się bez względu na wszystko – to język, który mówi zdecydowanie więcej, niż słowa. EMOCJE.

Ja też jestem nerwowa. W życiu różnie się układa – są problemy w związku, w pracy, z pieniędzmi. I to mocno odbija się na życiu rodzinnym. Ale dawno temu z mężem przyjęliśmy zasadę, że cokolwiek dzieje się między nami, cokolwiek dzieje się w naszym życiu zawodowym – nasze dziecko nie ma z tym nic wspólnego i absolutnie nie może ponosić konsekwencji tego, że my się gdzieś pogubiliśmy, że coś nam na jakiejś płaszczyźnie nie idzie. I tak, są sytuacje, że bez względu na wszystko nerwy nam puszczają, że dziecko usłyszy za dużo, że nasza frustracja odbije się na nim, ale to rzadkość, nad którą mocno pracujemy. Bo nasze problemy, to nie problemy naszego dziecka.

Dziecko chłonie jak gąbka – ono nieświadomie przejmuje mnóstwo naszych zachowań. Bo je widzi, bo je zna, bo myśli, że tak trzeba, że to jest normalne. Nerwy i krzyki wracają, odbijają się jak od lustra. Te dobre, i te złe zachowania. Bo jesteśmy pierwszymi nauczycielami dziecka. I każdy rodzic wymarzył sobie idealne dziecko – takie, które będzie się do wszystkich uśmiechało, a w kawiarni spokojnie jadło zupkę i jeszcze pamiętało, o umyciu rączek. Ja dawno pogodziłam się z tym, że sama nie jestem idealna, więc dlaczego miałabym wymagać tego od dziecka – i tak, kiedy synek był mały, jedliśmy z mężem na raty. Bo nie zawsze młody chciał siedzieć przy stole, a na siłę go tam trzymać nie chciałam. I czytałam bajki do obiadu, i robiłam samoloty, a nawet przemycałam jedzenie w trakcie zabawy. Bo to jest małe dziecko i ma prawo do tego, żeby nie zawsze zachowywać się tak, jak my sobie marzymy. Kiedy ja byłam mała, jadłam na przemian jajko i parówkę, tylko to – chodząc w kuchni wokół krzesła – i moja mama nie robiła z tego problemu.

I tu nie chodzi o to, że jak krzyczysz, że jak puszczają Ci nerwy, to jesteś złym rodzicem. Każdy ma gorsze dni, każdy ma gorszy czas, każdy czasem jest bezsilny – każdy kto ma dziecko, kiedyś to przerabiał. Ale kiedy kolejny raz puszczą Ci nerwy zastanów się nad tym, nad czym i ja się zawsze zastanawiam w takiej sytuacji: Czy dziecko to właściwy adres?

Czy po prostu jedyny, bo jest blisko i w stosunku do niego masz odwagę, żeby te nerwy puściły. Tylko pamiętaj, Twój problem, to Twój problem – nie Twojego dziecka.