Jak mój mąż zabrał syna do Night Clubu

Dziś 6. stycznia, czyli święto Trzech Króli. W tym mojego syna – Kacpra. Co roku urządzamy w domu małe przyjęcie dla najbliższej rodziny z tej okazji. W tym roku młody zapytał, czy nie moglibyśmy pojechać na obiad do restauracji, żebym nie musiała gotować. Cóż, długo nie trzeba było mnie namawiać. Pomysł bardzo mi się spodobał, nie ma co się oszukiwać.

Nie przewidzieliśmy tyko jednego – że będzie problem z rezerwacją. Tym bardziej, że potrzebowaliśmy stolika dla 9. osób.

Co się dziwić, pierwszy telefon wykonaliśmy dopiero we wtorek po południu. We wszystkich restauracjach to samo – przepraszamy, brak miejsc na godzinę 13.00. Za późno Pan dzwoni.

W środę zadzwoniliśmy do restauracji, która jest oddalona od nas o prawie 30 km. I tu, jak można było się domyślić, także nie było miejsca. ALE! Po chwili Pan coś pokombinował i udało się zarezerwować stolik. Hurra!

Restauracja, do której pojechaliśmy lata temu była miejscem, gdzie odbywały się dancingi. I choć od długiego czasu jest już tylko restauracją, pozostała jej zalotna nazwa – Night Club 2000. I już się pewnie domyślacie, co będzie dalej.

Wieczorem do Kacperka zadzwonił brat Radka z żoną, chrzestną młodego, którzy nie dali rady do nas przyjechać. Składają młodemu życzenia i mówią:
– Kacerku, słyszeliśmy że byłeś dzisiaj w restauracji.
– Nie – odpowiada moje małe gumowe ucho – byłem w Night Clubie.
– A jak tam było? – zapytał rozbawiony szwagier.
– Fajnie!

W domu jest haha, ale jak on powie w przedszkolu, że tata zabrał go do Night Clubu? Profilaktycznie wolałam napisać tę historię tutaj, w ramach alibi 🙂