Czasem przychodzi taki moment, że trzeba powiedzieć głośno: NIE DAM RADY.

Są takie momenty w życiu, że działamy na tak zwanym automacie. Zadania i wyzwania piętrzą się, jedno za drugim, pracujemy po 10-12, czasem i więcej godzin dziennie. Od poniedziałku do piątku, w soboty, niedziele, czasem i na wakacjach, kiedy wymaga tego projekt. I dajesz radę, całkiem dobrze. Nie przeszkadza Ci, że śpisz dużo mniej niż ostatnio, że obiad jesz zimny i to najczęściej w biegu. Że włosy umyte znowu suchym szamponem, bo ledwo dowlokłaś się do łazienki, żeby zęby umyć.

Tak, mi to też przypomina początki macierzyństwa. Nie ma co się dziwić, adrenalina i mechanizm działania jest taki sam – nie mogę zasnąć, muszę zrobić to i tamto, zobowiązałam się to i dam radę. I wszystko jakoś się udaje, organizm o dziwo wcale nie buntuje się tak bardzo, jak by się mogło wydawać i dajemy radę.

A kiedy przychodzi koniec projektu, kiedy babcia zabierze dziecko na noc do siebie, kiedy skończy się bardzo intensywny czas w pracy, obiecujesz sobie nagrodę. Jest tylko mały problem. Kiedy stres odpuszcza, adrenalina gwałtownie spada, organizm dostaje sygnał „po wszystkim”… chorujesz. Przeziębienie, ból głowy, mocne osłabienie. Zamiast na zasłużone wakacje, zakopujesz się pod kocem, robisz do termosu herbatę, za drzwiami wywieszasz kartkę, że nie ma Cię w domu i śpisz. Odpoczywasz. Znasz to? Ja doskonale. Tak kończyły się zawsze moje zapędy perfekcjonisty i chęci wykonania wszystkiego na maksymalne sto procent, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Podobno ten stan jest całkowicie normalny. Chorowanie po intensywnym okresie jest sygnałem od organizmu, że czas odpocząć. Kiedy trzeba było działać, organizm wiedział, że teraz musi dać z siebie wszystko, ale… do czasu. Działanie cały czas na wysokich obrotach nie przynosi nic dobrego – musi być balans. Jest intensywny czas pracy, musi być odpoczynek. A powiedz szczerze, gdyby nie to przeziębienie, co zwala z nóg, pewnie tak jak ja zaczęłabyś nowy projekt i rzuciła się w wir pracy.

I po co ja Wam to wszystko piszę. Chyba trochę po to, żeby się wytłumaczyć, z tych pajęczyn na blogu. Co prawda, już je ściągnęłam, zakamarki wyczyściłam i nawet grama kurzu nie ma, możecie mnie sprawdzić.

Marzec był dla mnie bardzo ciężkim miesiącem. Planowałam kilka rzeczy dużo wcześniej, jakoś to się rozkładało w czasie. Znasz to powiedzenie, że jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Bogu, to pokaż mu swoje plany? To właśnie moje WSZYSTKIE plany zaczęły się realizować w marcu. Do tego doszły jeszcze dwie totalne niespodziewanki, które dodały pikanterii wyzwaniu pt. marzec i uruchomiły w mojej głowie wszelkie pokłady logistyczne. Oczywiście, chciałam wszystko ze sobą połączyć. Perfekcjonizm, z którym myślałam, że dawno sobie poradziłam, kolejny raz dał o sobie znać. Bo to tylko miesiąc, takie tam 30 nieprzespanych nocy, kilka wyjazdów, z kiepskim samopoczuciem też sobie poradzę, najwyżej wypiję więcej kaw, a 3 filiżanki dziennie to podobno mają nawet skutek zdrowotny. No przecież dam radę. Nie dałam.

ODPUŚCIAŁAM, myślałam, że się poddałam

Po dwóch tygodniach uzmysłowiłam sobie, że nie jestem cyborgiem i po prostu nie dam rady. Zwyczajnie. Muszę z czegoś zrezygnować, bo wykończę siebie i rodzinę. Wtedy też podjęłam bardzo trudną decyzję. Stwierdziłam, że są w życiu rzeczy ważne i ważniejsze, że jeśli chcę coś dokończyć, muszę się tym zająć. Robienie 10 rzeczy na raz w ograniczonym czasie sprawi, że będę wykończona, potem wkurzona, potem zabraknie mi energii i w końcu nie zrobię niczego. A jak dobrze wiemy, zrobione jest lepsze od doskonałego.

Wiecie co zrobiłam? Spotkałam się z osobami, z którymi miałam realizować zadania i powiedziałam, jaka jest sytuacja. I że zwyczajnie nie dam rady i że przepraszam, ale muszę zrezygnować.

Wedy stało się coś, czego kompletnie nie przewidziałam. NIKT nie miał z tym problemu. Co więcej, wszyscy poszli mi na rękę i tak dostosowali plan działania, żeby było dla mnie jak najbardziej komfortowo. Dwa zadania sama sobie przeniosłam na inny miesiąc, ebook wielkanocny będzie za rok, teraz na blogu pojawią się same przepisy, a reszta się ułożyła. Po prostu.

Nie chcę myśleć o tym, jakby to wszystko wyglądało, gdybym jak osioł się uparła, że dam radę z wszystkim sama. Dałam sobie pomóc, odpuściłam perfekcjonizm, skupiłam się na tym, co realnie mogę zrobić. I tak mimo to, miałam marzec wyjęty z życia, a odpuściłam naprawdę dużo.

„NIE DAM RADY” nie jest oznaką słabości, a siły

Tak, choć brzmi to doprawdy absurdalnie. Sama uśmiecham się pod nosem pisząc to. Całe życie chciałabym robić wszystko perfekcyjnie. Dzisiaj zdaje sobie sprawę, że chyba bardziej chciałam spełniać oczekiwania innych wobec mnie, niż swoje. Bo przecież ja nigdy nikomu nie odmówiłam pomocy, choćbym swoje miałam zrobić po godzinach. Przecież byłam najlepszą studentką, a potem na 120 procent wykonywałam swoją pracę w redakcji. Kiedy Kacper miał dwa latka, założyłam firmę. Naczytałam się o perfekcyjnych mamach, które są wspaniałymi pracownikami, rekinami biznesu, w domu zdejmują szpilki, wskakują w ciepłe kapcie i gotują obiad dla rodziny. Kąpią dziecko, kładą je spać, a wieczorem siadają z mężem na kanapie, z lampką wina i uśmiechają się na myśl o pięknym dniu. Też chciałam na 100 procent prowadzić firmę, mieć czysty dom, codziennie dwudaniowy obiad, czas na zabawę z dzieckiem, wolny wieczór z mężem i weekendy bez pracy. Wszystko pod kontrolą, wszystko zgodnie z normami i oczekiwaniami. Przy bardzo rezolutnym dwulatku.

I tak, dawałam radę. Byłam wykończona, zmęczona, wkurzona, ale plan realizowałam idealnie. I naprawdę podziwiam ludzi, którzy potrafią tak na dłuższą metę. Ja dość szybko powiedziałam DOŚĆ. Bo w imię czego? Udowodnienia sobie, że mogę więcej, czy innym, że jednak da się. Bo się. Ale koszt jaki miałam ponosić był dla mnie za wysoki. Stała kontrola i pilnowanie samej siebie, żeby wszystko było idealnie wykonane, jest bardzo męczące, wręcz wykańczające. A co najgorsze, przestaje Cię cieszyć to, co robisz. Bo wmawiasz sobie, że „musisz”. A kiedy zadałam sobie pytanie, co się stanie, jeśli tego nie zrobię, okazało się, że świat się nie zatrzyma.

Do dziś zdarzają się sytuacje, że sprawy się piętrzą, a ja się normalnie przy tym gubię. Bo zależy mi na wszystkim. Sytuacja z marca tego roku pokazała mi po raz kolejny, że trzeba mierzyć siły na zamiary. Warto od razu wyłożyć karty na stół, dać sobie pomóc i zwyczajnie przeanalizować, co jest ważne, a co może poczekać.

Czasem przychodzi taki moment, że trzeba powiedzieć głośno: NIE DAM RADY.

I wcale nie przegrać, bo wymaga to dużo odwagi.

Tylko wygrać. Siebie.

Po prostu.