ABC szczęśliwego życia: „E” jak „Egoizm. Bo można obrazić się na życie, na zawsze.”

Znasz ten dowcip? Jest powódź. Powoli zalewa całe osiedle. Woda się podnosi. Zalało parter. Ksiądz podszedł do okna na piętrze. Przypływa na łódce mieszkaniec i wyciąga rękę, żeby pomóc księdzu. Ten jednak odmawia pomocy i mówi: „Bóg mnie uratuje”. Woda się podnosi, ksiądz wchodzi na dach. Przypływa kolejna łódź strażacka, jednak ksiądz znów odmawia mówiąc „Bóg mnie uratuje”. Kiedy woda znów się podniosła, a ksiądz usiadł na kominie, przyleciał helikopter. Ten jednak odmówił pomocy, powtarzając, że Bóg go uratuje. Woda się podniosła, ksiądz utonął. W niebie spotyka Boga i mówi: „Boże, tak Ci ufałem. Dlaczego mnie nie uratowałeś?”. Na co Bóg odpowiada: „Trzy razy wysyłałem po Ciebie ludzi, a Ty odmawiałeś pomocy”.

A gdyby tak troszkę dalej, ot dwa centymetr na początek!

„Czy ja dobrze przeczytałem na blogu, że Ty miałaś nowotwór złośliwy z przerzutami?”. Pamiętam ten telefon jakby to było wczoraj. Byłam akurat u teściów, mieszkałam u nich przez tydzień po leczeniu jodem radioaktywnym. Kiedy zobaczyłam kto dzwoni, byłam pewna, że to pomyłka. Już dawno nie rozmawialiśmy. Wiesz jak to jest, z niektórymi członkami rodziny spotykasz się na weselach i pogrzebach. Odebrałam telefon i szczerze myślałam, że usłyszę radosny śmiech i „o matko, nie do Ciebie miałem zadzwonić”. Usłyszałam coś zupełnie innego. Przerażenie, strach, a potem… dumę. Misiek od lat nie mieszkał w Polsce, ostatnimi czasy miał problemy z nogą. Był na zwolnieniu lekarskim od kilku tygodni. „Wiesz, że wróciłem do pracy? Nie, jeszcze mnie boli trochę. Ale od kilku dni nie mogę pozbierać się po tym, co przeczytałem o Tobie. I zrobiło mi się cholernie wstyd. Pierwszy raz przed samym sobą przyznałem się, że nie jest ze mną tak źle. Że czas się pozbierać i choć ciężko mi to powiedzieć głośno – kurde, użalałem się nad sobą. Poszedłem do lekarza, wziąłem skierowanie na rehabilitacje, na zabiegi. Wróciłem do pracy. Zorganizowali mi wszystko tak, żebym mógł normalnie wykonywać swoje obowiązki. Dawno się tak dobrze nie czułem. Właściwie to obraziłem się na swoje życie. A potem okazało się, że wystarczył jeden telefon do lekarza, drugi do pracy i znów czuję, że żyję!”.

Obraziłaś się kiedyś na życie?

Lubisz Wszystkich Świętych? Ja lubię, choć zawsze trafi się jakiś wujek, który przyjdzie tylko po to, żeby pochwalić się nowym autem. Taki co to od razu zaczyna rozmowę o tym, co u niego, jak mu ciężko i źle, i jak musiał sobie żyły wypruwać, żeby ot tego mercedesa kupić. Taki, co to lubi ponarzekać i opowiedzieć światu, jak mocno na to życie jest wkurzony. I wtedy przypominasz sobie, dlaczego nie zapraszasz wujka na uroczystości rodzinne.

– Ja to jestem niewierzący.
– Od dawna?
– Problemy z plecami mam od 4 lat, więc jakoś tak.
– Przestałeś wierzyć w Boga, jak zaczęły Cię boleć plecy?
– Tak.
– Nie rozumiem analogii…
– Gdyby Bóg istniał, sprawiłby żeby plecy przestały mnie boleć.
– Rozumiem, że w ciągu tych 4 lat jesteś w trakcie jakiegoś leczenia, tak?
– Byłem u trzech lekarzy, ale tylko przepisują tabletki. Bóg mnie nie słucha. Więc biorę tabletki i jakoś żyje. Muszę radzić sobie sam.

I pamiętasz, jak rok wcześniej opowiadał dokładnie to samo. W ciągu ostatnich 12 miesięcy nie zrobił nic, żeby poprawić sytuację, w jakiej się znajdował. Przyjął zasadę, że wszystko co najgorsze, trafiło się właśnie jemu. Nie miał potrzeby pytania co u innych, rozmawiania o sprawach innych. Był tak pochłonięty swoją historią, że nie interesowało go nic innego. W końcu wszyscy pozostali mieli zdecydowanie łatwiej. Na pewne sprawy jestem uczulona, zaraz powiem Ci dlaczego. Wcześniej jednak muszę Ci się do czegoś przyznać.

Na co właściwie się gniewasz?

Jeśli jesteś wierząca, mogłabym zapytać, czy obraziłaś się kiedyś na Boga za to, że jest Ci źle. I coś Ci powiem – ja wiele razy. Paradoksalnie przestałam mieć mu cokolwiek do zarzucenia w momencie, kiedy zachorowałam. To była chwila, kiedy pierwszy raz w życiu zapytałam nie „Dlaczego ja?”, ale „Co dalej?”. Powiedział Ci ktoś kiedyś, że na życie, na Boga, nie wolno się obrażać? Guzik prawda. Wiem, że mój syn kocha mnie nad życie, ale nie oznacza to, że czasem go nie wkurzam i się na mnie obraża. Słusznie. Ile razy posprzeczałam się z mężem, o matko, kto to zliczy! Oboje mamy dość wybuchowe charaktery. Mamy za to zasadę – nigdy tej złości w sobie nie tłumimy. On powie, co mu leży na sercu, ja powiem co u mnie. I choć jesteśmy na siebie wkurzeni, po czasie to mija, idziemy spać pogodzeni. Często dostaję od Was wiadomości, że przez chorobę przestaliście wierzyć w to, że los Wam sprzyja, że Bóg jest dobry, że życie wszystkich traktuje tak samo. Ja wierzę w Boga, ale kiedy jestem na niego zła, otwarcie się gniewam. Tak samo na życie. Nie oznacza to jednak, że go nie kocham. Męża też kocham, a jednak złoszczę się na niego, wyrzucam z siebie wszystkie żale. Wtedy zaczynam czuć się lepiej. Nie bez powodu na różnych zajęciach z psychologami trzeba krzyczeć, wyrzucać z siebie całą złość, przyznawać się przed samym sobą, co jest powodem frustracji. Gniewać się na życie jest dość abstrakcyjne. Poza tym, ono to wytrzyma – z nami może być gorzej.

I problemem nie jest to, że ktoś się na to życie, na Boga, obrazi. Problem zaczyna się wtedy, kiedy uważasz, że życie powinno zrobić dla Ciebie wyjątek i zająć się tylko Tobą. I o ile sam żyjesz w tym przekonaniu, w porządku. Może tak być. Ale w momencie, kiedy każesz żyć swoim życiem innym – tu zaczynają się schody.

Coś takiego… 
Jeszcze kilka lat temu uchodziłam za osobę, która genialnie potrafi słuchać. Mama nauczyła mnie, żeby być miłym dla innych i zawsze ich wysłuchać. Dziś wiem, że to był przede wszystkim brak asertywności. Wciąż uwielbiam słuchać historii, lubię wysłuchiwać przyjaciół i razem wymyślać rozwiązanie, lubię ludzi i chętnie ich słucham. Ale w momencie, kiedy ktoś zaczyna traktować mnie jak chłopca do bicia, spotykać się ze mną tylko dlatego, żeby pochwalić się co u niego, mieć totalnie w poważaniu moje problemy i mówi do mnie, bo nikt inny nie ma ochoty słuchać jego narzekań i teorii, zapala mi się w głowie czerwona lampka. Tego akurat nauczył mnie mój mąż. Pamiętam, jak kiedyś wróciłam z kawy z koleżanką.

– I co powiedziała, na Twój nowy projekt? – zapytał mąż, kiedy wróciłam z kawy z koleżanką.
– Nic – odpowiedziałam i wzruszyłam ramionami.
– Jak to nic? – zapytał zaskoczony.
– Nic, bo nie powiedziałam jej.
– Dlaczego?
– Bo nie zdążyłam…
– No tak – uśmiechnął się mąż – w końcu gadała jak zawsze tylko o sobie. Kiedy Ty w końcu zrozumiesz, że jej nie interesuje nic więcej, niż czubek własnego nosa? Jest tylko ona, ona i ona. I założę się, że nawet nie zapytała, co u Ciebie – popatrzył na mnie i dodał – nie odpowiadaj. Zastanów się tylko, czy takie znajomości mają sens.

Obrażaj się, ile potrzebujesz

Życie się na Ciebie nie obrazi, właściwie to nawet nie kiwnie palcem. I nie bądź jak ten ksiądz, który twierdził, że skoro jest duchownym, powinien uratować go sam Bóg. Bo jest lepszy, bo powinien mieć specjalne względy. Super jest kochać samego siebie, cudownie jest akceptować się takim, jakim się jest. Źle natomiast jest obwiniać życie za wszystkie swoje niepowodzenia i dawać do zrozumienia wszystkim wokół, że im los sprzyja, a Ty masz zawsze pod górkę. Ktoś kiedyś powiedział, że gdybyśmy poznali życiorysy osób, którym zazdrościmy, okazałoby się, że za nic nie chcielibyśmy się z nimi zamienić. Jeśli popatrzysz dwa centymetry dalej, niż czubek własnego nosa, może się okazać, że świat wcale się na Ciebie nie obraził, a daje Ci mnóstwo możliwości na poprawę, daje Ci wsparcie, daje Ci realną pomoc. Teraz pytanie, czy potrafisz to dostrzec i przyjąć. Czasem nawet nie trzeba wiele wysiłku, wystarczy realnie się rozejrzeć, bo wszystko jest podane wręcz pod nos, a człowiek jest tak zadufany w sobie, że tego nie widzi. Bo czeka na coś innego. Zobacz ile ludzi staje na Twojej drodze, a Ty ich pomijasz, obrażasz się, zrażasz ich do siebie.

Justyna, z bloga Dbaj o Wzrok powiedziała ostatnio, że kiedy pracujemy przed komputerem, co jakiś czas powinniśmy patrzeć przed siebie, w dal. Dla zdrowia. A może by tak bez względu na pracę, patrzeć czasem w dal?

Bo można obrazić się na życie, na zawsze. Tylko pytanie – komu robisz tym na złość?


Wszystkie wpisy z cyklu „ABC szczęśliwego życia”: