…a w radiu leciało „The Kelly Family”

Kilka dni temu „The Kelly Family” odwiedzili Polskę, wystąpili też w Dzień Dobry TVN, gdzie miałam okazję zobaczyć ich po 12 latach ciszy. Widząc tych wszystkich ludzi, którzy śpiewali razem z nimi w studio i poza nim, autentycznie się wzruszyłam. A kiedy zamknęłam oczy, wróciłam do czasów podstawówki, kiedy to nagrywało się piosenki z radia na kasety.

Miałam kiedyś taką bluzkę z krótkim rękawem, z frędzlami. To była bluzka z Paddy i Angelo, z „The Kelly Family”. Dla niektórych obciachem było ją nosić, dla innych radością i powodem do dumy. I ja byłam z niej dumna! Tak samo jak z kaset, które dostawałam od starszych kuzynek. Nagrywały magnetofonem piosenki z radia. Pamiętam, jak niektóre sprzęty miały opcję, że nagrywały tylko to, co leciało w radiu. Inne nie i w chwili nagrywania trzeba było być cicho. Ile razy to dziewczyny mnie uciszały, a później podczas słuchania piosenki słychać było nasze głosy. Do dzisiaj nie wiem, jak włożyć taką kasetę do magnetofonu, żeby działała ta strona, którą chcę – czy A do przodu, żeby grało A, czy może B do przodu? A pamiętasz, jak przewijało się kasety palcem? Albo ołówkiem. I jak kleiło się super glue miejsce, w którym taśma się przerwała – później w piosence był mały „przeskok”.

Kiedy byłam mała, czyli w roku 1995 miałam 8 lat, bawiliśmy się w klasy, w podchody i w „ciotki”. Ha! Kto zna tę zabawę? Bawiliśmy się w dom na podwórku – ktoś miał piekarnię w szopie, ktoś pod wiatą sklep, ktoś inny obok kurnika stoisko z warzywami. Moje kuzynki zdejmowały z dachu mech, który później robił za kotlety. Miotłą albo grabiami babci. I taka świeża, brązowa ziemia zmieszana z wodą – doskonały sos do tych kotletów. Kiedy spotykały się „ciotki” na kawę, serwowaliśmy ciastka z kamieni, sałatki z chwastów, kotlety z sosem, mleko czyli wodę z białą farbą i wszelkie inne mikstury, które powstały z tego, co znaleźliśmy na podwórku i co wynieśliśmy z domu. A na środku stołu stał duży garnek na „zlewki” – co zostało na niby zjedzone, lądowało w ów garze.

Pamiętam, jak mieliśmy z sąsiadką telefony przewodowe. Ja swój u siebie, a Marta 100 metrów dalej. Mój tata i Marty połączyli je długim kablem, dzięki czemu mogłyśmy do siebie dzwonić i rozmawiać. Wierciliśmy dziury w ramach okiennych, żeby ten kabel przepchać, a później po budynkach, po drzewach i do drugiego okna. I prawie codziennie się spotykaliśmy – kiedy mój tata pracował z tatą Marty daleko od domu. Wspólnie bawiliśmy się, wspólnie jedliśmy kolację. Spędzaliśmy dużo czasu razem. Dziś Marta mieszka daleko i mimo, że tamte czasy były cudowne, cieszę się, że jest Internet, bo dzięki temu mam z nią kontakt.

Bo kiedyś, kiedy nie było tyle elektroniki, nie było komórek i Internetu, ludzie więcej ze sobą byli. Więcej byli niż nie byli. Jejku! Pamiętasz te pierwsze seriale? Cała moja rodzina oglądała „Doktor Quinn”, nawet jak spotykaliśmy się na urodzinach, to każdy czekał na ten serial i wspólnie oglądaliśmy! I te brazylijskie telenowele – pamiętasz „Palomę”? To ta dziewczyna z cyrku co kuśtykała, jak dobrze pamiętam.

Kto miał Pegazusa i grał w pierwsze Super Mario? Siadaliśmy wspólnie przed telewizorem i każdy grał „po życiu”. Kiedy Mario skakał nad przepaścią, ten kto trzymał dżojstik odruchowo też podskakiwał lub skręcał tym dżojskiem w lewo lub w prawo. Później było tamagoczi – miałam go w gimnazjum! Na lekcjach sprawdzałam, czy mój piesek nie jest głodny… a kiedy o nim zapomniałam, zdychał…

Kiedy patrzę na siebie, jako na 12-13 letnią dziewczynkę, bardzo się różnię od dzisiejszego obrazu takiej dziewczyny. Włosy uczesane w kucyk, brak makijażu, skromne ubranie, nos w książkach. Byłam też jakoś tak bardziej ubrana, niż dzisiejsza młodsza młodzież. I nie znaczy, że byłam ubrana lepiej, że bardziej elegancko, po prostu tych ubrań było więcej. Więcej zasłaniały niż odsłaniały.

Z dziewczynami bawiłyśmy się lalkami, grałyśmy w gumę, podczas zabawy piłyśmy TANG pomarańczowy, a kiedy na podwórku bawiliśmy się w Power Rangers, zawsze byłam różową. Na przerwach nie siedziałyśmy z nosem w komórce, ale wymieniałyśmy się karteczkami z segregatorów. Dwie małe za jedną dużą. Albo trzy duże za jedną z nowej serii.

Czytałam też BRAWO. Najpierw kupowałam zwykłe, a później już GIRL. Jejku, z jakimi wypiekami na twarzy czytałyśmy zakładkę z intymnymi pytaniami. I te kultowe pytania: Czy mogłam zajść w ciąże siedząc u chłopaka na kolanach?

Mój mąż zawsze opowiada, że nie mieli jako dzieci komórek, a każdy zaraz po obiedzie wiedział, że spotykają się na boisku i do wieczora grają w piłkę.

Dzisiaj jest wszystko, nie musimy nic samemu robić, ale brakuje nam chęci, żeby po to sięgnąć. Kiedyś nie było boiska, za to byli chłopcy, którzy chcieli grać i boisko sami zrobili. Dziś są Orliki i boiska niemal w każdej wiosce – nie ma chętnych do grania.

I tak myślę, że kiedyś nie było lepiej, za to było więcej chęci, potrzeby przebywania z drugim człowiekiem. Bo ja z tamtych czasów pamiętam rzeczy, sprzęty, jedzenia. Ale to wszystko nierozerwalnie łączy się z ludźmi, którzy byli wtedy ze mną. Bo dobre wspomnienia budują ludzie. A co z tego, że w młodości ma się wszystko, jak się nie ma z kim tą radością podzielić.

I nie ważne, jakie są czasy. Ważne, co z nich zapamiętamy, czym będą pachniały, jakie będą miały kolory… Nie trzeba mieć dużo, żeby mieć wiele. Bo może i mało wtedy było, ale jakby bardziej się wszystko doceniało, bardziej się cieszyło, może bardziej było się otwartym na drugiego człowieka, może bez takiego wyścigu po więcej, więcej i więcej… I wtedy wcale nie było lepiej. Było inaczej. Skoro wspominam te czasy z łezką w oku, a słysząc piosenki, jakich słuchałam wtedy, przyjemnie ściska mnie w żołądku to znaczy, że te czasy fajne były…

foto. Paulina Młynarska