A Twoje dziecko kim będzie, jak dorośnie?

A Twoje dziecko kim będzie, jak dorośnie?

Przyszłość dziecka to temat, który spędza sen z powiek niejednego, jeśli nie każdego, rodzica. Żeby miało lepiej od nas, żeby nie żałowało drogi, jaką obrało, żeby było szczęśliwe, zadowolone, bogate. Żeby nie popełniało naszych błędów. W trosce zapominamy o bardzo ważnej rzeczy – żeby nie wymuszać na dziecku realizacji naszych niespełnionych marzeń i naszych ambicji.

Ale od początku.

Jakiś czas temu byłam świadkiem pewnej rozmowy. Generalnie nigdy nie wtrącam się w rozmowy, które mnie nie dotyczą, nawet jak dzieją się w moim domu, przy kawie parzonej z tego samego czajnika. Tym razem musiałam się jednak mocno powstrzymać, żeby nie powiedzieć czegoś, czego ja bym wprawdzie nie żałowała, ale druga osoba mogłaby to uznać za mocne wtrącanie się. Nie chciałam podsłuchiwać, naprawdę. Jednak rozmowa była tak głośna, tak żywa i osoby dyskutujące tak mocno przekonane o swojej słuszności, że nie dało rady zatkać uszu i zwyczajnie się wyłączyć. Otóż dwie panie dyskutowały o dzieciach. Nic dziwnego, prawda? Tak to już jest, że kiedy rodzi się maluch, nawet dyskusje o kupkach przestają być niezręczne. Tym razem rozmowa dotyczyła przyszłości dzieci. I brzmiała mniej więcej tak:

„Zapisałam Aldonę na angielski, ale też na tenisa. I uważam, że to najlepsze, na co mogłam ją zapisać. Kurcze, widziałaś ile zarabiają te tenisistki? To dopiero przyszłość ją czeka. Ja zawsze marzyłam o grze na korcie, ale rodzice nie mieli pieniędzy na zajęcia dodatkowe, a potem jak kasa się znalazła, miałam kontuzję. Lekcje co prawda nie są tanie, ale to inwestycja, która się zwróci. Trener mówi, że ma dryg, ale musi więcej ćwiczyć, więc wożę ją na lekcje częściej. Kiedyś mi za to podziękuje!”

„Nasz Piotrek to będzie lekarzem. Ojciec Sebastiana jest kardiologiem, pracuje w szpitalu, ale ma też prywatny gabinet. Powiedział, że jak Piotrek dorośnie, załatwi mu praktyki, a potem odda gabinet. Mój Sebastian poszedł na budowlankę i do dzisiaj żałuje, bo mógł się nie upierać i jednak zostać lekarzem. I tłumaczę młodemu, że to najlepsze, co może go czekać. Żeby nie popełniał błędu taty. I jaka kasa! A on lata na boisko i upiera się, że będzie piłkarzem. Ukrócę mu te treningi, jak pójdzie do liceum i znajdziemy bardziej wartościowe zajęcia.Lekarz to dopiero zawód!”

Żeby dziecko nie popełniało naszych błędów – to takie ważne, pełne troski i miłości. Niestety, ma to ciąg dalszy. Żeby dziecko nie realizowało naszych niespełnionych marzeń i ambicji. Nigdy nie chciałabym narzucać mojemu dziecku tego, co ma robić w przyszłości. Ja sama miałam wiele szalonych planów, i nigdy nie usłyszałam stanowczego „NIE, MAMY DLA CIEBIE INNĄ DROGĘ”. Wiecie kim będzie mój syn? Od dwóch miesięcy…strażakiem. Kompletnie go to pochłonęło. Wcześniej marzył o byciu policjantem, także mamy posterunek policji z klocków, a młody biegał w stroju policjanta i wypisywał nam mandaty np. za nieodstawienie szklanki do zlewu. Uff, może i dobrze, że już policjantem nie będzie, bo karał by za parkowanie na linii.

Jestem za tym, żeby dziecko wspierać w jego realizacji marzeń już od najmłodszych lat. Dlatego staram się na etapie przedszkolnym dobierać mu książki i zabawki tak, aby mógł lepiej poznać zawód, który akurat go interesuje. I tak jak wspomniałam wyżej – od kilki tygodni rządzi u nas wszystko, co związane ze strażą pożarną. Wieczorem czytamy książki, oglądamy bajkę o dzielnym strażaku Samie, a w dzień, po przedszkolu, bawimy się w strażaków. Nawet nie wiecie, jaką radość sprawiłam mu, kiedy dostał komplet Klocków-Blocków… remizę strażacką! Przywiozłam komplet wieczorem i nie pozwoliłam, żeby tego dnia je składał, bo nie wyrobilibyśmy się do nocy. Kacper obudził się kolejnego dnia o 5 rano i podekscytowany przybiegł do naszej sypialni oznajmić nam, że już rano i składamy remizę. I cóż było robić. Jego radość była tak ogromna, że nawet kawy nie potrzebowaliśmy! I tak do dzisiaj nasza remiza jest numerem jeden. Dobrze, że klocki są tak wytrzymałe i budynki straży mocno ze sobą złączone, bo przekładamy je z miejsca na miejsce kilka razy dziennie. My generalnie kochamy klocki, bo świetnie rozwijają kreatywność, wyobraźnię i mam świadomość, że jak znudzi mu się remiza, jutro z tych klocków zbudujemy stację badawczą lub statek kosmiczny! Poza tym, koszt tego dużego zestawu to… mniej niż 150 złotych. Są też kompatybilne z klockami, z naszej pokaźnej kolekcji. Bo nie ukrywajmy, klocki młody dostaje na każdą okazję. Zawsze jak ktoś dzwoni i pyta, co kupić, moja pierwsza odpowiedź, to właśnie klocki. One rosną z dzieckiem i mało jest innych, tak rozwijających zabawek, z których dziecko nie wyrasta. Mój brat ma 24 lata. I nadal ma w pokoju swoją kolekcję klocków. Ale ciiiii!

Kim będzie mój syn, kiedy dorośnie? Nie wiem. Kim zechce. Powtarzam mu to każdego dnia. I staram się jak najlepiej przybliżyć mu zawody, jakie go interesują. Czytam, tłumaczę, bawię się, zapewniam zabawki. Jestem obok. Bo decyzja, kim będzie w przyszłości, jest jego. Nie moja. Ja mogę tylko wspierać całym sercem i kibicować. I tak zrobię.