A kiedy przyjdzie odpowiedni moment, zrobię to

A kiedy przyjdzie odpowiedni moment, zrobię to

Wychodziłyśmy właśnie z pokoju zabiegowego. Każda z wacikiem przyklejonym do tyłka, w miejscu, gdzie przed chwilą dostałyśmy zastrzyk. Zastrzyk drogi, jak mówiły pielęgniarki, jeden taki to koszt kilku tysięcy złotych – my dostałyśmy po dwa. Śmiałam się, bo tego dnia miałam założone majtki w misie bożonarodzeniowe. Powiedziałam dziewczynom na sali, że wzięłam takie, bo nie będzie mi żal wyrzucić. W końcu kto zakłada fajne rzeczy tylko po to, żeby założyć je raz i wyrzucić. A do szpitala to już w ogóle. Wyjątkowe rzeczy, są na wyjątkowe okazje. Bardzo się myliłam.

M., moja koleżanka z sali powiedziała, że chyba nie do końca tak jest. Opowiadała, że kiedy była ostatnim razem w szpitalu, wszystkie dziewczyny z jej sali bardzo bały się operacji. Bały się narkozy, przebudzenia i tego, czy operacja się uda. Czy po wszystkim będzie tak, jak dawniej. Czy wrócą do normalnego życia, zdążą zrobić to, co zaplanowały… Powiedziała mi, że była z nią na sali dziewczyna, która dawno temu kupiła piękną sukienkę. Niestety, przez miesiące nie znalazła okazji, żeby ją założyć. I kiedy to piszę uśmiecham się, tak jak M., gdy opowiadała mi tą historię. Ta dziewczyna w pewnej chwili sięgnęła do torby i wyjęła tę sukienkę. Założyła ją w dniu operacji i tak czekała, aż po nią przyjadą. Tak bardzo się bała, że nie nadarzy się więcej żadna okazja, żeby założyć tę sukienkę, że założyła ją… w szpitalu. W miejscu, do którego ja zabrałam stare, bożonarodzeniowe majtki. Bo przecież to tylko szpital, to tylko miejsce leczenia, życie będzie dopiero tam…  I choć wierzyłam, że życie będzie właśnie tam, to coraz więcej do mnie docierało. Tego dnia długo myślałam i obiecałam sobie, że nie będę niczego odkładała na specjalne okazje. Niczego.

Kilka tygodni temu koleżanka powiedziała mi, że kupiła sobie tę samą sukienkę co ja mam. Zwiewną, niebieską, taką anielską. Powiedziała, że zakochała się w niej tak samo jak ja i tak się cieszy, że odłożyła na nią 200 złotych, bo to najlepszy zakup jej ostatnich tygodni. Zapytałam, gdzie już w niej była, jak się nosi. Popatrzyła na mnie z niedowierzaniem, uśmiechnęła się i powiedziała z oczywistością w głosie: „Jeszcze nigdzie! Wisi na drzwiach szafy, codziennie na nią patrzę i czekam aż nadarzy się odpowiednia okazja, żeby ją założyć. Nie po to wydawałam na nią 200 złotych, żeby chodzić w niej byle gdzie.”

„Nasze mamy chyba się kumplowały” – zaśmiałam się wewnętrznie. Byłam nauczona z domu tak jak ona mieć w szafce dwie kupki na ubrania: jedną na co dzień, jedną na niedzielę lub inne ważne wyjścia. I tak za każdym razem się zastanawiałam, czy ta okazja, która się nadarzyła, jest odpowiednia rangą, to tego mojego cudownego ubrania. Dziś już tego nie mam. Zrobiłam czystki w szafie i mam tam tylko to, co mi się podoba. Nawet dres mam czarny z różowym, bo chcę się w nim czuć dobrze, a nie tylko wygodnie. Ubieram się w to, co mi się podoba. Czasem słyszę, jak ktoś pyta: „A co Ty taka wystrojona?”. I początkowo mnie to krępowało. Myślałam, kurcze, może faktycznie się wystroiłam? Może na zakupy mogłam włożyć stare jeansy, a nie letnią sukienkę… A teraz, teraz odpowiadam: „Coś Ty, jaka wystrojona, ubieram się normalnie, tak lubię”. Choć tak naprawdę mam ochotę powiedzieć: „Hej, obudziłam się po kilkugodzinnej operacji, pokonałam nowotwór złośliwy, przeszłam dwa leczenia jodem radioaktywnym, mam dobre wyniki badań, żyję – czy to nie wyjątkowa okazja, żeby się wystroić?”

Ja Wam tutaj opowiadam o ubraniach, i pewnie znajdzie się niejedna z Was, która powie, że ubrania nie mają znaczenia. Oczywiście, że nie mają. Ale ubrania, to tylko początek. Kiedy piszę ten tekst, rozglądam się po pokoju. Nie mam tutaj bibelotów, które latami zbierały kurz – zapachowe świece, których było żal zapalić. Mydlane płatki róż, które tak cudownie pachniały, że żal było je zużyć. Idealne cienie do powiek, które się przeterminowały, bo używałam ich tylko od święta. Nie mam w kuchni szklanek, które są dla gości. Nie mam zastawy, której używam tylko wtedy, jak przyjeżdża teściowa. Nie mam serwet, które wyjmuje tylko, jak ktoś przyjdzie. Nie mam rzeczy, które leżakują i czekają na odpowiedni moment. A goście? Gości traktuje jak domowników i goszczę tym, co sama uwielbiam. I droga koleżanko – tak, właśnie dlatego wydaje się 200 złotych, żeby ubierać się w to, co mi się podoba i nosić to tak długo, jak sprawia mi to przyjemność i z takiej okazji, jaka wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Po to kupuje, na to odkładam. Rzeczy są po to, żeby ich używać.

 

Życzę Wam z okazji tej niedzieli, żebyście mieli w sobie coś z tej dziewczyny, która paradowała dumnie w dniu operacji w swojej najlepszej sukience. Żebyście nie czekali na wyjątkowe okazje, bo one mogą zwyczajnie nie nadejść, a tak naprawdę każdy dzień, każdy mały sukces, jest doskonałą okazją, żeby zrobić to, na co ma się ochotę.

Jeśli najnowsza sukienka wywołuje uśmiech na Twojej twarzy, jeśli szpilki z tego drogiego sklepu, na które odkładałaś kilka tygodni sprawiają, że czujesz się jak milion dolarów, to jest to wystarczający powód do tego, żeby je założyć.

Żeby wyrzucić bozonarodzeniowe majtki i pójść na leczenie w nowych, koronkowych. Bo leczenie się powiedzie, a ja wyzdrowieję – czy to nie najlepsza okazja w życiu?