A jeśli nie mam komu dać serduszka w Walentynki?

Czyli co, gdy mierzysz się z pytaniem:
„A Ty nie masz nikogo?”

Spokojnie, wszystko z Tobą w porządku. Nie znam osoby, która całe życie miałaby udane związki i każde walentynki spędzałaby we dwoje, w otoczeniu serduszek, kwiatów, z szampanem przy nastrojowej muzyce. Miłość przychodzi w różnym czasie, do różnych ludzi. I nic na to nie poradzisz. Tak się zdarza. A czasem im bardziej chcemy ją znaleźć, tym ona bardziej uparta. Ale pomyśl: czy lepiej iść z przypadkową osobą na walentynkową randkę, denerwować się cały wieczór i siedzieć tam tylko dlatego, żeby móc powiedzieć, że z kimś spędziło się ten dzień? Czy może lepiej wybrać się z przyjaciółmi na pizzę, spotkać w domu, pośmiać się, pogadać i naprawdę fajnie spędzić ten dzień? Bo to wszystko zależy od tego, czego Ty chcesz. I jak bardzo przejmujesz się tym, co powiedzą inni. Zobacz.

Niestety, im bliżej Walentynek, tym chęć swatania innych lub dopytywanie ich, czy mają kogoś, jest zdecydowanie większa, niż w inne dni roku. Choć natężenie pytań i sugestii jest zbliżona na wszelkich imprezach rodzinnych. Zwłaszcza weselach, kiedy zaczynają Cię swatać tuż przed z kuzynem syna wujka od strony cioci Stasi, siostry mamy. I wypychają na środek sali do łapania bukietu, bo może i dzięki temu Ci się poszczęści. Tak jakby fakt, że nie jesteś w związku sprawiał, że jesteś mniej wartościowym człowiekiem. N I E NA W I D Z E  tego.

Pytanie „Masz kogoś”? postawiłabym w jednym rzędzie z tym, dlaczego nie macie dzieci. No bo czemu można kogoś nie mieć? Albo trafia się na samych idiotów, albo oszukał, zdradził, wystawił, skrzywdził, albo po prostu się na tego jedynego nie trafiło, albo zwyczajnie potrzebuje się chwili dla siebie, z różnych powodów. I nikomu nic do tego. Przykro mi, jeśli jesteś atakowana tymi pytaniami, zwłaszcza w tak piękne święto, święto miłości.

To, że spędzasz sama walentynki, nie masz przez kilka tygodni czy miesięcy z kim iść do kina, czy wyjść na kolację we dwoje – to nie definiuje Ciebie, jako człowieka. To, że nie obchodzisz Walentynek, bo chwilowo jesteś sam – to normalne, tak się zdarza. Widzisz, miałam kiedyś koleżankę, która nie potrafiła sobie poradzić z rozstaniem. Przez kilka miesięcy korzystała z pomocy psychologa. Kiedy się spotykałyśmy, ciągle opowiadała o swoim byłym chłopaku, o tym jaki był wspaniały, o tym, że chciałaby do niego wrócić, o tym jak nic nie ma sensu bez niego. Było jej źle, jak patrzyła na zakochanych, nie chciała oglądać romantycznych filmów, chodzić na śluby. Nie potrafiłyśmy jej pomóc. Nijak. W końcu doradziłyśmy jej wyjazd, zmianę otoczenia i oderwanie się od tego, co jest tutaj. Jola spakowała walizki i pojechała na drugi koniec Polski, do swojej babci. Pomysł był rewelacyjny, bo jej babcia to bardzo żywotna i energiczna kobieta, prowadziła gospodarstwo agroturystyczne, więc wiedziałyśmy, że znajdzie Joli tyle zajęć, żeby przestała myśleć o Piotrku. Po dwóch miesiącach, kiedy spotkaliśmy się na pierwszych zajęciach na uczelni, tuż po wakacyjnej przerwie, przywitała nas nie ta dziewczyna. Radosna, uśmiechnięta, pełna życia. Taka, jak rok wcześniej. I to nie wyjazd jej pomógł, nie psycholog, nie babcia. Kiedy zapytałyśmy o zmiany, powiedziała: „Spotkałam tam fajnego chłopaka. Spędzaliśmy razem czas, pomagał w gospodarstwie, jeździliśmy nad jezioro. Jako kumple. Wtedy zdałam sobie sprawę, że ja wcale nie tęsknię za Piotrkiem, ale za byciem z kimś. Za drugą osobą. I kiedy tak to sobie wytłumaczyłam, jakiś ciężar spadł mi z serca. Z Jarkiem kompletnie na nic się nie nastawiałam. Muszę najpierw nauczyć się być sama, lubić swoje towarzystwo, a nie podporządkowywać wszystko pod kogoś i tylko wtedy czuć się dowartościowana. Zanim zdecyduje się na kolejny związek, muszę najpierw pokochać siebie”.

Nic na siłę. Miłość przychodzi w różnych momentach. Mam znajomych, którzy odnaleźli się po 15 latach życia osobno. Takich, co są ze sobą od studiów i takich, którzy poznali się przed 40 w pracy, za granicą. Takich, którzy marzyli o romantycznej miłości, a trafiła się wtedy, gdy oboje byli po przejściach. I tacy, których dzieli kilkanaście lat różnicy – do niej miłość przyszła szybko, do niego później. Trudno doszukiwać się tutaj reguły.

„Najwyższy czas, żebyś kogoś sobie znalazł” – jeden z najgłupszych tekstów, jakie słyszę. No bo jak niby znaleźć sobie kogoś? Na siłę? Tylko po to, żeby ten ktoś był, wziąć ślub, a potem się rozwieść? Na siłę, to można leki połknąć, bo nie ma innego wyjścia i trzeba. Moja koleżanka zawsze mówi, że do szału doprowadza ją współczucie, że znowu jest sama. „Przykro mi”, „W końcu kogoś znajdziesz”, „Córka mojej sąsiadki jest starsza, a kogoś znalazła. Tobie też się uda”„Karola, tego się słuchać nie da. Nikt mnie nie zapyta, czy mi jest samej źle, czy mam w ogóle ochotę rozmawiać o tym, z kim dzielę łóżko. No i traktowanie mnie jako gorszej, bo nie mam męża. Paranoja!”  I nigdy nie pozwól sobie wmówić, że bez partnera jesteś mniej wartościowa.

Jeśli w Walentynki nie masz tego „kogoś”, spokojnie. To nic nie znaczy. Zobacz, ile osób umawia się z kimś, żeby tylko na pytanie „Masz kogoś”, opowiedzieć „Tak”. To nie ma sensu. Czasem się kogoś ma, czasem się na tego kogoś dłużej czeka, czasem spotyka się go wtedy, kiedy kompletnie się tego nie spodziewasz. Czasem nie masz tego kogoś, bo miałaś odwagę zamknąć pewien rozdział i w końcu jesteś szczęśliwa. Nie daj sobie wmówić, że jeśli jesteś sama, coś z Tobą nie tak. Bo to właśnie z Tobą jest w porządku, bo czujesz się ze sobą na tyle dobrze, że nie musisz nikomu niczego udowadniać.

„Masz kogoś?” Ja też kiedyś nie miałam.

I wszystko było ze mną w porządku. Z Tobą też.