7 dni do porodu

36 tygodni ciąży za nami ❤️ Tygodni pełnych radości, przepełnionych szczęściem, ale i pelnych obaw, łez i ścisku w żołądku. Bo tak – ciąża nie choroba, ale warto być świadomym tego, że ciąża to… Nie zawsze hop siup i już, choć szczerze zazdroszczę, kiedy komuś tak się udaje i tak późnej przebiega ❤️

Wiem, że późno Wam opowiedziałam o ciąży, bo dopiero chyba w 22 tygodniu i bardzo oszczędnie poruszałam ten temat. Bałam się, zwyczajnie bałam.

Dziś chciałabym Was zaprosić w długą podróż, opowiedzieć historie, która daje mi siłę. Historie, w której wierzę, że odnajdzie się wiele z Was❤️ być może zacznę od tego, co już znacie, ale zacząć muszę od początku. Bo życie to jedna wielka historia, i często trudne wydarzenia, nieprzewidywalne zdarzenia i chwilą, kiedy życie staje Ci przed oczami – sprawiają, że nic nie jest takie jak przedtem. Nie jest też gorsze, jest inne. Tak samo ja i moje życie – przez ostatnie trzy lata nabrało zupełnie innego wymiaru ❤️

Kiedy pisałam ten tekst, był 36 tydzień i 3 dzień. Moim marzeniem było dotrzymać do 37 tygodnia, kiedy ciąża uważana jest za donoszoną, kiedy dziecko będzie ważył powyżej książkowych 2.5 kg. ❤️ czy to będzie 7 dni do porodu? Nie wiedziałam tego. Dziś wiem, że wyniki się fantastycznie poprawiły – dziecko waży ok 3 kg, a ja skończyłam 37 tygodni, wymarzone 37 tygodni! Ciąża to cudowna podróż, choć nieraz trudna – i ja Cię w tę podróż zapraszam.

Dzień 1

„Przepraszam, czy ja mogę zajść w ciążę?”

Najlepiej zachodzi się w ciążę spontanicznie. Ot tak. Dwoje ludzi decyduje, że chce dziecko ❤️ i tyle wystarczy, prawda? Często tak, ale coraz częściej – niestety nie. Coraz częściej zdarza się, że o tym, czy możemy być w ciąży, czy nie, decyduje lekarz. To dość dziwne, bo o tak intymnej sprawie, nie może zdecydować się dwoje kochających się ludzi, ale… Obcy człowiek.

Czasem jesteś ograniczona czasowo, a w głowie siedzi tylko jedna myśl: „dziecko”. Bo czas nagli, bo jest go mało. Okropne uczucie, mówię Wam. Kiedy ktoś mówi: „dobrze byłoby, żeby udało się do xyz, czyli macie Państwo x miesięcy. Może się uda”.
Na szczęście zrezygnowałam z tego musu dość szybko, bo stwierdziłam, że się wykończę. Albo się uda, albo nie. Tak zdecydowaliśmy❤️ Udało się dość szybko (to strasznie brzmi, jak wygrana na loterii🙈) ale i tak nie potrafię sobie wyobrazić innych kobiet, które latami, miesiąc w miesiąc robią test ciążowy. Które testy owulacyjne kupują hurtowo. Które kilka razy w miesiącu odwiedzają ginekologa. Które mają wyliczone wszystko, co do dnia, bo wtedy szansę są większe. Które tak bardzo chcą być mamą i które oddałyby wiele, żeby zobaczyć na teście dwie kreski. Które nie mają często siły tłumaczyć innym, że po prostu zajście w ciążę nie jest takie proste. Które co dzień muszą się mierzyć z tekstami: „Nie wiecie jak to się robi?”, „mąż strzela ślepakami?”, „tylko praca, o dzieciach pomyślcie”, „Potem może już być za późno” – czasem od razu jest za późno.

Dzień 2

„Ciąża, nie choroba, a jednak odwiedziłam kilku specjalistów zanim podjęliśmy decyzję”

Kiedy już dostaliśmy zielone światło, kiedy na onkologii trzech lekarzy potwierdziło, że mogę zajść w ciążę, byliśmy przeszczęśliwi. Nikomu o tym nie powiedzieliśmy – wiemy, jak trudne było dla Wszystkich nasze poronienie 3 lata wcześniej, a później walka o zdrowie po raku tarczycy. Chcieliśmy czuć się bezpiecznie, być w dobrych rękach, dlatego od razu zrobiliśmy niezbędne badania. Znalazłam endokrynologa, cudowną kobietę, której takie przypadki jak mój, nie są obce, bo pracuje w centrum onkologii. Do której mogę zawsze napisać i zawsze mam odpowiedź. Bo TSH kontroluje od 9 miesięcy co 3-4 tygodnie. Odbyłam długą rozmowę z moją ginekolog, bo musiałam być pewna, że prowadziła osoby po raku tarczycy i że szpital, w którym będę rodziła, będzie potrafił dobrze się mną zająć, gdyby cokolwiek się działo. To wszystko sprawiło, że poczuliśmy się naprawdę bezpiecznie i wiedzieliśmy, że jesteśmy w naprawdę dobrych rękach.

Dzień 3

„Jak mój mąż powiedział mi, że jestem w ciąży”

Znacie pewnie doskonale scenki z filmów, jak kobiety informują partnerów, że będą tatusiami. Same pewnie też przygotowałyście niespodzianki, podczas których zdradziłyście, że jesteście w ciąży. Wszystko dopracowane, kolorowo, pełno emocji, płaczu i łez wzruszenia. Cudowne chwile, na cały życie. Pamiętam to doskonałe, kiedy informowałam męża o pierwszej ciąży, a potem wzruszenie rodziców, kiedy wręczyłam im małe skarpeteczki… W życiu jednak jest tak, że najpiękniejszych chwil nie zaplanujesz, one przyjdą same.

To były walentynki tego roku. Pojechaliśmy na kilka dni w góry, żeby odpocząć. Obudziłam się rano, koło 5.00 i zrobiłam ostatni test ciążowy. Jak poprzednie, nic nie  drgnęło – jedna kreska, nic więcej. Zapomniałam go wyrzucić. I poszłam spać dalej. Po dwóch godzinach budzi mnie mąż:
– czemu mi nie powiedziałaś?
-o czym?
-o ciąży.
-a kto jest w ciąży?
-no Ty jesteś w ciąży.
-ja jestem w ciąży?

Dwie wyraźne, czerwone kreseczki. Od 14 lutego 2019 roku, wszystko nabrało innego wymiaru.

Dzień 4

„Ciąża to radość. Ciąża to strach i łzy.”

Najtrudniejszy był początek, czyli pierwsze tygodnie. Tak myślałam, choć ten strach pozostał  do dziś. Bo to ciąża po raku, ciąża po poronieniu. Odliczanie do 8 tygodnia, magicznej dla nas bariery, kiedy ostatnio straciliśmy ciążę… Potem do pierwszego usg genetycznego. Czy potem było łatwiej? Nie. Było dużo trudniej. Ciąża po poronieniu… Powiem Wam coś, o czym mało kto mówi, mało kto pisze, bo to choć normalne dla mam po stracie, dziwne i nie zrozumiałe dla innych. Wiecie jak u mnie wyglądało 36 tygodni ciąży? Każde wyjście do toalety to strach, że na papierze pojawi się krew… Nie, to nie jest paranoja. To jest ogromny strach, który jest obecny obok niewyobrażalnego szczęścia.

Dzień 5

„Przez takie jak Ty, pracodawcy zwalniają kobiety w ciąży, bo biorą L4 od początku”

Pamiętam do dziś te słowa, jakie usłyszałam w pierwszej ciąży. Słowa, przez które czułam się gorsza, bo inne mogły chodzić do pracy, świetnie się czuły, a ja niemal od początku byłam na lekach.

Tym razem było inaczej – odpuściłam od razu na starcie. Wiedziałam, ile emocji kosztowała nas ta ciąża i nie zamierzałam nikomu się tłumaczyć ze swojego postępowania. Wszystko od początku było podporządkowane pod dzidziusia – wszystko. Marzec i kwiecień to były miesiące totalnie wyjęte z życia. Było mnie mało wszędzie… Mdłości i nudności tak bardzo mnie męczyły, że były dni, kiedy po wstaniu z łóżka chciałam, żeby był już wieczór. Cały czas miałam w głowie słowa lekarza: „jak jest niedobrze, to znaczy jest dobrze” . To hormony.

Teraz słowa: „chuchasz na siebie/ja to nie miałam czasu na odpoczynek/aleś Ty delikatna” puszczałam mimo uszu. Zazdroszczę, kiedy ktoś czuje się świetnie całą ciążę, kiedy może być do końca aktywny. Smutno mi tylko, kiedy nie może zrozumieć, że nie każda ciąża jest książkowa i nie każda kobieta czuje się w tym stanie fantastycznie.

Dzień 6

„Ja się nie boję porodu, ja się boję ciąży.”

Podczas tych 36 tygodni miałam tylko jedno marzenie: zdrowo przejść przez ciążę. Tylko tyle. Aż do zeszłego tygodnia nie myślałam o porodzie, a o kolejnych dniach, które zostały mi do 37 tygodnia, czyli okresu donoszonej ciąży. Dziś mamy już czas donoszonej ciąży…

Nie boję się porodu, naprawdę. Stresem jest dla mnie czas ciąży, jej bezpieczne przetrwanie. Śmieję się, że choć poród będzie bolesny, ja pojadę do niego z uśmiechem na ustach – bo będzie to znak, że bezpiecznie donosiłam ciążę do końca.

Dzień 7

„Idziesz na łatwiznę, czy jednak będziesz rodziła?”

Wiele z Was pyta, czy pójdę na CC, jak to jest po raku. Nie, rak tarczycy nie jest wskazaniem do cc, nie jest też przeciwwskazaniem. Jeśli wyniki są dobre i lekarz prowadzący nie widzi przeciwwskazań, można rodzic naturalnie.

Poród porodowi nierówny. Bardzo mi przykro, kiedy ktoś mówi, że cesarskie cięcie jest pójściem na łatwiznę, że dziewczyny histeryzują i wybierają łatwiejszą drogę. Ja mam odmienne zdanie – boję się cięcia. Przeszłam poród naturalny, po którym niemal od razu byłam aktywna. Kiedy widziałam, jak męczyły się dziewczyny po cięciu, raz na zawsze wybiłam sobie z głowy myśl, że cesarka nie boli. Boli. Tak jak poród naturalny boli przed, tak cesarskie cięcie boli po. Bo choć o tym mało się mówi, CC to jednak poważna operacja i o tym trzeba pamiętać. Jak urodzę? Tego jeszcze nie wiem – wiem za to, że mam tylko jeden cel: urodzić zdrowo, bezpiecznie i w miarę bezboleśnie. Zrobię tak, jak doradzą mi lekarze, czyli to, co będzie najlepsze dla mnie i dziecka.

Czy będzie to poród naturalny czy cesarskie cięcie – nie ma to dla mnie w tym momencie znaczenia. Najważniejsze, że spotkam się z moim wymarzonym szczęściem – i dla niego przetrwam wszystko <3