5 rzeczy, jakie robię codziennie dla odporności i zdrowia mojej rodziny. Też je robisz?

Jesteśmy świeżo po trzydniówce Poli. Początkowo myślałam, że to ząbki – gorączka, marudzenie i gryzienie wszystkiego. Lekarz wykluczył wszelkie inne choroby, więc zostało przy zębach. Drugiego dnia wysokiej gorączki przez myśl przeszła mi trzydniówka – choć wydawało mi się to mało prawdopodobne, bo przecież niemal cały czas siedzimy w domu, a trzydniówką trzeba się od kogoś zarazić. A jednak. I z jednej strony się naprawdę cieszyłam, że to TYLKO trzydniówka, kiedy czwartego dnia pojawiła się wysypka – w końcu to odporność na całe życie. A z drugiej – byłam zaskoczona, bo nie mam pojęcia, gdzie i od kogo mogła ją złapać. Właściwie to chciałam Wam przez to powiedzieć, że o zdrowie i odporność dzieci trzeba dbać cały czas – nawet teraz, kiedy siedzimy cały czas w domu, trochę jak pod przysłowiowym kloszem, dziecko i tak się rozchorowało.

Choć nie powiem – czas pandemii sprawił, że nie tylko moje dzieci przestały niemal w ogóle chorować. Nawet w okresie, kiedy do szkoły chodził Kacper, ani razu nie przyniósł do domu nawet kataru. Maseczki maseczkami, ale moim zdaniem największy wpływ na tak dobrą kondycję dzieci ma fakt, że do szkoły nie wolno przyprowadzać dziecka z objawami chorobowymi. I mnie to bardzo cieszy! Już nie mówię o tym, że chore dziecko roznosi zarazki i zaraża innych. Ale o tym, że chore dziecko zwyczajnie źle się czuje – nawet dorosły, który jest przeziębiony, marzy tylko o tym, żeby zaszyć się pod kocem i żeby wszyscy dali mu święty spokój. Chore dziecko też potrzebuje przede wszystkim odpoczynku i wsparcia, a nie męczenia się przez kilka godzin w szkolnej ławce.

Tak czy inaczej, o odporność i zdrowie dziecka trzeba dbać. Na pierwszym miejscu jest oczywiście… dieta! To z niej dostarczamy wszystkich potrzebnych witamin i minerałów – nie wspomagamy się „na zapas” suplementami. Wiadomo, jeśli badania wykazują jakieś braki – wtedy konsultujemy to z lekarzem i uzupełniamy lekami niedobory. Kiedy wszystko jest ok, pilnujemy zbilansowanej diety i aktywności fizycznej. Kiedy dziecko wybiega się na dworze, z przyjemnością zje nawet brokuły 🙂

Poza dietą, mam kilka punktów, których bardzo pilnuję – dzięki nim wiem, że dostarczam rodzinie ogromnej dawki witamin, minerałów i probiotyków, które fantastycznie wspierają ich układy odpornościowe. Dobrze wiem, że nie ma leku na odporność, który zapewni „niechorowanie”, ale wiem też, że możemy zrobić naprawdę dużo dla swojego zdrowia poprzez codzienne rytuały.

1. Pijemy zakwas i jemy kiszonki

Zakwas z buraka to złoto! Poza tym, że uwielbiam i pijemy go z przyjemnością, to jest to dla naszego organizmu niesamowity zastrzyk energii oraz wsparcie jego odporności. Zakwas pijemy z mężem po śniadaniu – każdy z nas po 1/4 szklanki. I tak już od kilku lat – zwłaszcza w sezonie jesienno-zimowym, po chorobach, w okresie wzmożonej aktywności. Kacper lubi zakwas, ale z marchewki oraz buraków – jest dużo łagodniejszy, za to ma tak samo dużo witamin. Taki zakwas bardzo mi pomagał w trakcie leczenia oraz w ciąży – genialnie poprawiał morfologię oraz uzupełniał braki żelaza.

I absolutnie nie obawiaj się smaku zakwasu – wiem, że wiele osób rezygnuje, bo nie wyobraża sobie, jak to może smakować. Jeśli lubisz dobrze doprawiony barszcz, pokochasz zakwas. Mowię Ci! Możesz też pić zakwas z kapusty lub… wodę po ogórkach kiszonych. Tak, naprawdę. Ja też początkowo kręciłam nosem i piłam dlatego, że wiedziałam, że mi to pomoże – a z czasem bardzo po polubiłam.

Kiszonki to naturalne probiotyki, których nasz organizm bardzo potrzebuje. Dodatkowo działają przeciwwirusowo, przeciwbakteryjnie i przeciwzapalnie. Wspierają pracę układu odpornościowego oraz zawierają mnóstwo witaminy C! To też źródło potasu, fosforu i wapnia. Za chwilę zaczyna się sezon na ogórki małosolne – robimy je non stop i jemy codziennie, przez cały sezon. Na surowo, do kanapek, sałatek i zupy ogórkowej. Każdy pomysł jest dobry, bo kiszonki to nasze polskie superfoods.

2. Witamina D

To jedyna witamina, jaką stosujemy. Mocno wspiera układ odpornościowy, wpływa też np. na układ nerwowy i mięśniowy oraz świetnie działa na dobre samopoczucie. Pamiętam, że kiedy sama byłam dzieckiem, zalecano podawanie jej do ok. 2 roku życia maluchów. Dziś rekomenduje się przyjmowanie jej cały czas. U nas w domu dzieci biorą bez przerwy, Radek w okresie od września do maja, a ja od czasu wycięcia tarczycy – też przez cały rok, takie mam zalecenia. Wiesz, witamina D jest bardzo ważna, bo jedną z jej właściwości jest wsparcie układu odpornościowego – i niestety, zdecydowana większość ludzi ma jej niedobór.

A wiesz dlaczego?

Mówi się, że to witamina słońca i jeśli dużo przebywa się na zewnątrz, mamy jej zapas. Nic bardziej mylnego. Od tego, jak będzie się wchłaniać, zależy mnóstwo czynników i u każdego z nas może to wyglądać zupełnie inaczej. Zobaczy, moja ciocia od wiosny do jesieni przebywa niemal cały dzień na podwórku – jest pięknie opalona, czego zawsze jej zazdroszczę. Kiedyś, gdy borykała się z kiepskim samopoczuciem , lekarz zalecił jej sprawdzenie poziomu witaminy D. Wyobraź sobie jej zdziwienie, kiedy jej wynik oscylował w granicach 4, a minimalna norma dla zdrowego człowieka to… 30.

Dlatego my staramy się przyjmować witaminę D w formie kropelek lub tabletek każdego dnia – każdy ma dawkę dostosowaną do swoich potrzeb. Oczywiście, przyjmujemy ją także ze słońca, a jakże! 🙂

3.Owoce i warzywa sezonowe

Owoce i warzywa to kolejne genialne źródło witamin i składników mineralnych oraz błonnika. Staramy się zawsze wybierać te sezonowe, polskie. Ile się da, tyle jemy z własnego ogródka – wtedy mamy pewność, że są bez chemii. Kupując, staramy się zwracać uwagę na ich pochodzenie i wybierać lokalnych dostawców. Oczywiście, każdy u nas w domu ma swoje ulubione i takie mocno „nieulubione” 🙂 Pewnie w każdym domu jest taka czarna lista 🙂 Te bardziej ulubione owoce zjadamy w formie sałatek lub ot tak, do drugiego śniadania. A te mniej ulubione, za to pełne witamin, dodajemy do soków – wtedy zgubią się w gąszczu tych smaczniejszych owoców, a witaminy zostaną przemycone. I wiadomo, taka porcja świeżych owoców to ogromna bomba energetyczna!

Gorzej jest, kiedy kończy się sezon. Wtedy trzeba się trochę nagimnastykować, żeby jednak tę codzienną porcję zdrowia dostarczyć organizmowi. Szukając wyjścia, zwłaszcza jeśli mowa o owocach jagodowych, które kupione w markecie zachowują świeżość w lodówce dwa dni 🙁 trafiłam jakiś czas temu na fantastyczne owoce liofilizowane. Świetna alternatywa dla świeżych, kiedy nie ma na nie jeszcze sezonu. Te, które ja kupuje, czyli z Lioforte, są dostarczane przez lokalnych sadowników, pochodzą z ekologicznych upraw i zachowują aż 95 procent właściwości. A liofilizacja odbywa się powoli, bez pośpiechu i używania szkodliwych mikrofal. Chrupiąc owoce zamykasz oczy i od razu rozpoznajesz, jaki owoc zjadasz. I co ważne, owoce w paczkach są w całości. Nie są proszkowane, przez co tak naprawdę nie wiesz, jak wyglądały wcześniej – tutaj malina to jest malina. Dorodna, ładna, cała.

I tak kupuję czarną malinę, czyli ogromne źródło antocyjanów i polifenoli. Ma najwyższy potencjał antyoksydacyjnych wśród polskich superowoców. Wykazuje działanie przeciwwirusowe, przeciwbakteryjne oraz przeciwnowotworowe, a 150 g liofilizowanych owoców odpowiada 700 g świeżych.

Czarna jagoda, to owoc zawierający liczne pierwiastki mineralne, a najważniejsze z nich to selen, cynk, miedź, mangan oraz witaminy C, A, B, PP, a także błonnik.

Poziomka zawiera mnóstwo witaminy C, potasu i karotenoidów. Wykazują działania przeciwbiegunkowe, przeciwkrwotoczne i przeciwzapalne. 150 g liofilizowanych owoców odpowiada 1100 g świeżych.

Rokitnik to bomba witaminy C. Używany jako owoc przeciwbólowy i wzmacniający przy chorobach reumatycznych, żołądkowych i skórnych. 250 g liofilizowanych owoców odpowiada 1450 g świeżych.

Truskawki gaszą pragnienie, poprawiają apetyt i przyspieszają przemianę materii. 25 g owoców liofilizowanych odpowiada 250 g świeżych.

Malina idealna w stanach przeziębieniowych. Działa wzmacniająco przy dużym wysiłku fizycznym. 150 g owoców liofilizowanych odpowiada 1050 g świeżych.

Aronia to żródło witamin i minerałów – ma ich mnóstwo. Posiada rekordową liczbę polifenoli, a także potas magnez i żelazo. Zawiera też bardzo mało cukru. 30 g liofilizowanych owoców odpowiada 130 g świeżych.

Czarna porzeczka to istny koncentrat witaminy C. Stosuje się ją w stanach przeziębieniowych oraz dla ogólnego wzmocnienia organizmu. 250 g liofilizowanych owoców odpowiada 1400 świeżych.

Jeżyna to owoc zdrowia oraz młodości. Bogata jest w witaminę C oraz K, a także mangan i błonnik. 150 g owoców liofilizowanych odpowiada 1050 g świeżych.

Zachęcam Cię do podjęcia wyzwania Lioforte – codziennie zjadaj garść liofilizowanych owoców, zwłaszcza teraz, kiedy nie ma sezonu na świeże. Po tygodniu powinnaś poczuć różnicę w samopoczuciu – po takiej dawce naturalnych witamin! My w domu od kilku miesięcy praktykujemy i polecamy z całego serducha – testowane na ludziach, tzn. na nas 🙂

 

4.Woda, duuużo wody

Staramy się w domu pić naprawdę dużo wody. I choć najwięcej piją jej dzieci, my z mężem staramy się aż tak bardzo nie zaniżać tych statystyk 🙂 Bo woda świetnie nawilża, poprawia trawienie, wspomaga koncentrację, pomaga w walce z bólami głowy, poprawia wydolność organizmu, poprawia fuknkcjonowanie nerek, a nawet nastrój. I wiele innych fantastycznych właściwości! Wiesz, że już niewielkie odwodnienie organizmu sprawia, że zaczynamy mieć kłopoty z pamięcią i koncentracją? I co ważne, że wody nie da się wypić na… zapas? Trzeba ją systematycznie dostarczać do organizmu.

Ja mam z tym duży kłopot, bo jestem człowiekiem, któremu NIGDY nie chce się pić. NIGDY. Jeśli się do tego nie zmuszę, mogłabym nie pić wody cały dzień. Wiem jednak, że tak bardzo ważne dla zdrowia, dlatego bardzo mocno się pilnuję. Najlepiej sprawdza się u mnie metoda butelki – biorę półtoralitrowa butelkę, zaznaczam, że to moja i pije, kiedy mi się przypomni. Widzę od razu ile już wypiłam, a ile jeszcze przede mną – i tak to sobie rozkładam, żeby to 1,5 litra dziennie wypić. Mój mąż pije wodę w małych butelkach i też wie, że musi dziennie wypić minimum 5.

Dzieci od urodzenia uczone są picia wody bez słodzików. I to wchodzi w nawyk! Piją jej naprawdę dużo i nawet się nie dopominają o słodkie napoje. To trochę tak, jak z czytaniem etykiet na produktach spożywczych – Kacper widzi, że ja to sprawdzam i sam też zaczyna zwracać uwagę na to, co się znajduje w jego ulubionym batoniku lub jogurcie.

5. Wspólnie spędzony czas

I ja wcale nie żartuję! Staramy się spędzać ze sobą dużo czasu rodzinnie. Bawić się, wygłupiać, grać w gry, śmiać głośno i przytulać. Poza tym, że to wszystko jest baaardzo przyjemne, ma ogromną moc – bo działa na nasz układ odpornościowy, na nasze zdrowie. Zobacz – idziesz z dzieckiem na podwórko, biegacie, bawicie się, śmiejecie w głos, a na końcu przytulacie i zadowoleni wracacie do domu. To właśnie wtedy w organizmie wytwarzane są… endorfny, czyli hormony szczęścia.

To one dają uczucie zadowolenia, radości i właśnie szczęścia. Zdarza się, że pozwalają zmniejszyć bóle i genialnie walczyć z gorszym samopoczuciem oraz niwelować stes. Od zawsze wiedziałam, że wspólne spędzanie czasu, to inwestycja w nasze relacje i przyszłość. Pilnujemy tego, żeby razem zjadać posiłki, codziennie czytać dzieciom przed snem bajkę i zagrać ze starszakiem w planszówke. Dodatkowo mój starszak jest mistrzem robienia dowcipów oraz opowiadania żartów. Nie miałam jednak pojęcia, że śmiech i „bycie z bliskimi” potrafi zdziałać takie cuda!

 

 

 

 

Jestem ciekawa, jak to wygląda u Ciebie. Takie moje podsumowanie zrobiłam w ramach współpracy i wyzwania od rodzinnej firmy Lioforte, producenta owoców liofilizowanych premium. Jeśli wciąż wahasz się, czy owoce liofilizowane są dla Ciebie, zerknij TUTAJ i zobacz, jakie cuda można z nich wyczarować 🙂

I koniecznie pamiętaj, żeby skorzystać z kodu rabatowego: nazdrowie 🙂 To co, podzielisz się ze mną swoimi sposobami na zdrowie i odporność swojej rodziny? 🙂