Nie odkładaj życia na jutro. Żyj dziś

Nie odkładaj życia na jutro. Żyj dziś

Od zawsze byłam bardzo optymistycznie nastawiona do życia i starałam się żyć tak, jak chciałam. Tak, żeby być szczęśliwą. Marzyłam o wielu rzeczach, ale na marzeniach się kończyło. Bo brakowało mi odwagi, żeby zacząć je spełniać, wiary w powodzenie i optymizmu, który dodaje skrzydeł. Myślałam też, że jestem tak zapracowana, że nie starczy mi czasu. Myliłam się.

Raz na jakiś czas mój optymizm wystawiany jest na próbę. Największą przeszłam w zeszłym roku, zaraz po zdiagnozowaniu raka. Kolejną teraz – kiedy okazało się, że muszę powtórzyć leczenie. Kiedy dowiedziałam się, że czeka mnie kolejne jodowanie, zrobiło mi się gorąco i miałam chwilę zwątpienia. Oczami wyobraźni widziałam się już na oddziale, widziałam nawrót choroby i odwleczone w nieokreśloną przyszłość plany macierzyńskie. Czarne myśli, których staram się unikać jak ognia powróciły z łatwością w jednej sekundzie. Wizja tego, że jeszcze raz będę musiała przejść cały proces jodowania, była czymś niepojętym, bo przecież miało być już wszystko dobrze. To wszystko działo się zanim lekarz zdążył cokolwiek powiedzieć. Wyobraźnia i mózg zadziałały szybciej. Niepotrzebnie. A może potrzebnie? Bo dzięki temu dostałam kopa mobilizacyjnego, żeby nie marnować żadnej chwili, znów zrozumiałam, że życie jest jedno, że trzeba żyć mimo przeciwności.

Doktor widział moją minę więc, od razu zaczął tłumaczyć, że jodowanie mi nie zaszkodzi, a będziemy mieć pewność, że zmiany jakie wykazuje TK nie są związane z chorobą, tylko po prostu są, ot tak. Mogą być np. zmianami pooperacyjnymi. Ale żeby się o tym przekonać, musimy jeszcze raz przeprowadzić leczenie. I kiedy już mnie zapewnił, że mojemu życiu nic nie zagraża i że wyleczymy się z tego – odetchnęłam. Choć nie powiem, nie uśmiecha mi się kolejny raz przyjmować tak dużej dawki promieniowania. Ale jak trzeba, to trzeba – w końcu chcę być zdrowa, cieszyć się życiem, zostać po raz kolejny mamą, doczekać się wesela syna, wnuków i jako sędziwa staruszka chodzić pod rękę z mężem moim i karmić kaczki w parku. Dlatego wiem, że muszę zaufać lekarzom. I najważniejsze w tym wszystkim jest to, że czuję się bardzo dobrze – samopoczucie dopisuje, humor jeszcze bardziej. I gdyby nie dokumenty ze szpitala, na których jest napisane co mi jest, byłoby wszystko w porządku.

Po co nam te gorsze chwile?

Ta rozmowa, to zdarzenie, choć na pierwszy rzut oka mało optymistyczne, dały mi bardzo wiele. Oczywiście, że wolałabym się dowiedzieć, że wszystko jest super, nie ma żadnych niewiadomych i jestem już wyleczona. Ale tak się nie stało. I cieszę się, że trafiłam na lekarzy, którzy nie machnęli na to ręką, ale chcą wyjaśnić wszystko. Żeby mieć 100 proc. pewności, że jestem zdrowa. Mogłabym się znów załamać, ale wiem, że to nic nie daje, że nie pomaga w leczeniu, że nie pomaga w życiu. Dlatego żyję tak, jak napisałam Wam kiedyś – wpisuję w kalendarz daty leczenia, nie rezygnuję z pracy, ani planów. Bo choroba się zdarza – ludzie cierpią na cukrzycę, na wrzody żołądka, borykają się z cholesterolem. To wszystko są choroby przewlekłe, które mogą towarzyszyć im przez całe życie. I z nimi żyją. Ja też mogę. Poza tym, dostałam nadzieję, ogromną nadzieję, że będzie wszystko dobrze.

Takie chwile dodatkowo dają kopa mobilizacyjnego, żeby „żyć” bardziej, żeby nie przejmować się drobiazgami, ale skupić na tym, co ważne. Na radości, miłości i tym, co daje nam siłę i spełnienie. To jest moment w którym wiesz, że szkoda czasu i życia na coś, co Cię męczy, co ciągnie w dół, co ogranicza. To jest moment, w którym mówisz sobie „nie ma nic do stracenia, muszę spróbować, bo jak nie teraz, to kiedy?”.

Łatwo mi mówić? Nie.

Powiecie, że macie pracę, której nie lubicie, ale musicie do niej chodzić, bo z czegoś żyć trzeba. Jasne. Ale pracując w miejscu, którego nie lubicie, możecie jednocześnie robić krok do przodu, do lepszego życia np. zapisać się na kurs językowy, zrobić dodatkowe studia, nauczyć się nowej umiejętności i aplikować na inne stanowisko w innym miejscu. To nie jest łatwe – trzeba zorganizować sobie czas, czasem fundusze, opiekę nad dzieckiem, przeorganizować życie. To nie jest łatwe, ale osiągalne.

Powiecie, że macie wśród najbliższych osobę, która zatruwa Wam życie, krytykuje i obniża wasze poczucie własnej wartości. Jeśli ograniczenie kontaktów nic nie daje, zerwijcie je. Po prostu. Ja kiedyś myślałam, że nie można tego robić, że to nieładnie, niegrzecznie. Bo jak to tak, zerwać z kimś kontakt? I męczyłam się. Mój mąż jest zupełnym przeciwieństwem mnie w tym temacie, to taki mój obrońca, wiele razy mi tłumaczył, że szkoda czasu na spotykanie się z osobami, których nie interesuje moje życie, a spotykają się ze mną tylko dlatego, żeby opowiadać o sobie, o tym jacy są super, a mnie dołować. Kiedy zachorowałam, mąż postawił sprawę jasno – nie mogę się denerwować i od pewnych osób muszę się odciąć. Dziś jestem zdrowsza.

Masz za krótką dobę? Każdy ma taką samą. I powiem Ci, że to nie czas jest tutaj kluczowy i to nie on jest problemem. Problemem jest tutaj brak odwagi. Najłatwiej jest tkwić w tym co znane, co powszechnie akceptowane. Taka Twoja strefa komfortu. Może beznadziejna, może Cię tłamsi, może źle się w niej czujesz. Ale ją znasz. I lepiej być w niej, niż otworzyć się na coś innego. Bo to wymaga odwagi i pracy.

Jest do dupy, ale stabilnie

I nigdy Twoje życie nie zmieni się na lepsze, jeśli będziesz tkwił w tym co znane, ale beznadziejne. Bo choć beznadziejne, to jednak znane. Stabilizacja jest świetna, daje poczucie bezpieczeństwa. A co z tego, że ciągle jesteś wkurzony na robotę, ludzi i wszystko co wokół? Jest do dupy, ale stabilnie. Ja się na to nie godzę.

Spróbowałeś kiedyś zaryzykować, wyjść ze strefy komfortu i zacząć żyć tak, jak zawsze chciałeś? Miałeś kiedyś odwagę to zrobić?

Powiecie, że łatwo mi pisać? Nie, bo sama musiałam się z tym zmierzyć, choć odwlekałam to przez lata. Mam w swoim życiu przykłady osób, które nigdy nie godziły się na to, co jest. Nie pozostawały bierne, a zawsze wierzyły w to, że mogą więcej, mogą lepiej. Dużo pracowały, wymagały od siebie i ryzykowały. I to daje mi podstawy do tego żeby wierzyć, że można.

Jedną z takich osób jest mój mąż. Jego wielką miłością zawsze był sport – niestety, po kilkunastu latach grania w piłkę nożną doznał kontuzji, co uniemożliwiło mu dalszą drogę w tym kierunku. To było tuż przed studiami. Świat mu się zawalił. Wiedział, że musi zmienić swoje plany na przyszłość. Zawsze marzył o studiowaniu na Akademii Wychowania Fizycznego. I wiecie co zrobił, kiedy jego sportowa kariera legła w gruzach? Poszedł na AWF. I tak myślę, że właśnie te studia nauczyły go walki o swoje, dodały siły, odwagi i nauczyły ryzykować, żeby coś osiągnąć. Nauczyły determinacji i pewności siebie. Mój mąż kilka razy zmieniał pracę – pracował dla kilku firm, żeby w końcu przejść na swoje. Nawet kiedy był bez pracy wiedział, że to chwilowe, bo znał swoją wartość, bo nie pozostawał bierny, dokształcał się i ciężko pracował. Ale miał coś, czego ja nie miałam przez lata – odwagę i siłę, żeby nie godzić się na to co jest. On zawsze wiedział, że życie jest takie, o jakie walczymy. I on zawsze walczył i walczy nadal. Choć nieraz jest ciężko, on się nie poddaje.

I żeby była jasność – mi nie chodzi tylko o pracę, o sferę zawodową. Mi chodzi o ŻYCIE. O relacje międzyludzkie, o związek, o pasje, o to, co nadaje życiu smaku i koloru. Dla jednej osoby radością i spełnieniem będzie zarobienie miliona dolarów, dla drugiej praca w zoo, a dla innej wyprawa dookoła świata. Ktoś lubi pracę jako księgowa, a inny jako nauczyciel. Komuś odpowiada praca 8 godzin dziennie, a innemu prowadzenie własnego biznesu. Ktoś lubi dom z ogródkiem, a inny marzy o mieszkaniu w bloku na 15 piętrze. I do tego warto dążyć. Walczyć o marzenia, o to, żeby żyć tak, jak się chce.

Nie ma czasu

Moje życie nabrało tempa i jestem w najlepszym jego punkcie teraz – paradoksalnie jest to też najtrudniejszy moment mojego życia. Wiele planów się posypało. Ale staram się nie skupiać na tym, co nie wyszło, nie rozpaczać nad tym, co mogło być. Nie tracę czasu. Skupiam się na tym, co jest teraz, co mogę zrobić. Bo wiem, że nie ma czasu na to, żeby tkwić w czymś, co mnie męczy, co ciągnie w dół, co nie daje radości. Zwyczajnie nie ma na to czasu. Pamiętacie, co mówił ks. Jan Kaczkowski?

„ZAMIAST CIĄGLE NA COŚ CZEKAĆ – ZACZNIJ ŻYĆ, WŁAŚNIE DZIŚ. JEST O WIELE PÓŹNIEJ NIŻ CI SIĘ WYDAJE.”

A Ty? Odkładasz życie na jutro? Co robisz każdego dnia, żeby jutro było lepsze? Żeby być szczęśliwym? Żeby nie marnować życia?

POZDRAWIAM!

Jeśli spodobał Ci się ten tekst, UDOSTĘPNIJ go proszę
– skoro podoba się Tobie, może spodoba się też Twoim znajomym?

Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co się u nas dzieje – na FACEBOOKU codziennie rozdaje mnóstwo dobrej energii i humoru! Dołącz do nas – pijemy kawę, śmiejemy się,
dyskutujemy, rozwiązujemy problemy, wzruszamy się!

Jeśli chcesz się pośmiać, zmotywować i przekonać, że pyszne jedzenie pachnie nawet przez ekran – dołącz do mnie na INSTAGRAMIE! Czekają tutaj na Ciebie nie tylko piękne zdjęcia, ale i życiowe historie na Instastories!
Czekam na Ciebie!

  • Życzę Ci zdrowia. Często żyjemy w pogoni za tym, co będzie kiedyś. To „kiedyś” jest najczęściej niezdefiniowane. Dlatego nie zauważamy piękna w życiu, choć jest nawet w trudnych sytuacjach.

    • A często dopiero taki zimny prysznic pokazuje, że mamy jednak piękne życie 🙂

  • Takie totalne zerwanie z toksycznymi osobami jest konieczne – sama miałam takie osoby w swoim otoczeniu. Oczekiwały wsparcia, a kiedy ja go potrzebowałam, to kopnęły mnie w dupę. Żałuję jedynie, że tyle czasu zwlekalam z totalnym usunięciem tych osób z mojego otoczenia.

    • Przybij piątkę! To są takie wampiry energetyczne, po spotkaniu z którymi czujesz się wykończona, cały czas coś chcą od Ciebie, męczą, a kiedy chcesz coś od nich, odwracają się na pięcie – Kasia, nie żałuj że tak późno, ciesz się że w ogóle to zrobiłaś. Wiele osób nie ma odwagi i męczy się całe życie.

  • Ewelina

    Dla mnie walka o życie takie, jakim chce żyć była wyprowadzka od męża. Po 6 latach małżeństwa.. druga btw. Trzymałam się kurczowo tego, co mnie wcale nie uszczesliwialo, każdego dnia gaszona, nie szanowana, traktowana jako dodatek, który po prostu mieszka, śpi, je razem z nim w jednym mieszkaniu. Tylko mimo, że odważyłam się na taki krok, teraz ciężko jest mi na dobre zakończyć ten etap. Wracać nie chce, ale rozstać się formalnie.. jeszcze nie mam odwagi. Jak znaleźć w sobie tą siłę? Jak przekonać siebie, że mogę żyć tak jak chce i nikogo tym nie krzywdzę? Np męża, który przez tyle czasu problemów nie widział, mimo moich prób naprawy, rozmów, propozycji terapii, a teraz obwinia mnie, że „nagle” chce wszystko zakończyć..