Mamo, dlaczego robisz to innej mamie?

Mamo, dlaczego robisz to innej mamie?

Poród naturalny, bez znieczulenia i karmienie piersią – ja też miałam taki plan idąc do porodu. Generalnie planów miałam dużo więcej, niestety przyszło życie i wiele z nich zweryfikowało. Urodziłam naturalnie, ale gdybym męczyła się tak jak koleżanka z sali obok, wzięłabym znieczulenie. A karmienie piersią? To był mój największy koszmar! Chciałam, bardzo chciałam. Niestety, pełna bólu i żalu po kilku tygodniach podałam pierwszą butelkę mleka modyfikowanego. I dziś jestem z tej decyzji cholernie dumna, a wtedy? Nie. I nie dlatego, że myślałam iż robię coś złego. Widziałam, że moje dziecko jest najedzone, zaczęło ładnie spać, ja przestałam być kłębkiem nerwów, bo maluch zaczął przybierać na wadze… Byłam przerażona i rozżalona, bo otoczenie dawało mi do zrozumienia, że jestem gorszą mamą, bo nie daję dziecku tego, co najlepsze. Że idę na wygodę, nie walczę, że inne bardziej dbają o dzieci. Otoczenie, czyli kobiety, które są mamami, zamiast wspierać, rzucały kłody pod nogi i powodowały wyrzuty sumienia. Dziś jestem mądrzejsza, ale wtedy czułam się przez to gorsza.

Problem ten dotyczy mnóstwa kobiet. Nie, nie karmienia piersią. Oceniania przez innych. Licytowania się, kto więcej dał dziecku na starcie. A co można dać dziecku więcej, niż czystą bezinteresowną miłość? Tego nie zrekompensuje ani poród naturalny, ani karmienie piersią. Taką samą bliskość z dzieckiem osiągniesz karmiąc go mlekiem modyfikowanym, jak i piersią. Tak samo dużo miłości dasz mu rodząc naturalnie, jak i przez cesarskie cięcie.

Miłość – nie dasz jej więcej karmiąc piersią czy rodząc naturalnie. Miłość jest w Tobie. I dziecko ją czuję! Dlatego nie oceniaj innych mam. Nie wiesz co je motywowało, nie wiesz dlaczego zrobiły tak, a nie inaczej. Nie wiesz jaką drogę przeszły chcąc karmić piersią, jak bardzo chciały urodzić naturalnie… Wesprzyj.

Basia napisała dzisiaj tak:

„Na porodówkę prawie 8 lat temu trafiłam gotowa psychicznie do porodu siłami natury. Innej opcji nie zakładałam. Potem oczywiście był plan co najmniej rocznego karmienia piersią, bla bla bla róż, lukier i ciasteczka. Los jednak zdecydował inaczej i choć początkowo nic nie wskazywało na to, że urodzę „dziś”, to jeszcze nikt nie spodziewał się, że dziecku spadnie tętno, ułoży się twarzą do „wyjścia” i owinie pępowiną wokół szyi. Potem panika, sala operacyjna, narkoza i nakaz dwunastogodzinnego leżenia plackiem. Pozostało tylko mgliste wspomnienie pierwszych chwil spędzonych razem z córką i strach co dalej będzie. I jeszcze tekst genialnej położnej, że skoro było cc to i tak pani nie ma pokarmu, więc po co pani dziecko do karmienia… Pokarm był i owszem, ale co z tego, kiedy dziecię nauczone do szpitalnej butelki z otworami jak 5 zł nijak piersi ssać nie chciało. Skończyło się po sześciu tygodniach płaczu mojego, płaczu córki. Oczywiście nie przeszłam nad tym do porządku dziennego, o nie! Nie mogłam się z tym pogodzić, nie mogłam spać, jeść, normalnie funkcjonować. Jak to ja NIE URODZIŁAM, jak to ja nie karmiłam piersią?! Nawet jak ktoś pytał o poród, to mówiłam, że ja nie rodziłam. A jeszcze złośliwe i raniące komentarze „najbliższych”: a bo to ja karmiłam tyle a tyle, a tyle i tyle miałam mleka, a moje dziecko to tak nie płakało, a ja to trójkę urodziłam NATURALNIE! I jeszcze od razu w pole poszłam i musiałam krowy wydoić i gnój wyrzucić, obiad dla całej rodziny ugotować, a nie takie tam wylegiwanie się z dzieckiem w łóżku! Długo czułam się gorsza, niepełnowartościowa matka po prostu zła. To przełożyło się na relacje z dzieckiem, na jeden wielki dół i bezsilność, kiedy wszędzie wokół wszyscy mówili, jakie to macierzyństwo jest cudowne. Na szczęście udało mi się w miarę szybko ogarnąć, odciąć i wytłumaczyć samej sobie, że tak na prawdę nie miałam na nic wpływu i nie było w tym mojej winy. Teraz, kiedy spodziewam się drugiego dziecka, nawet nie myślę o porodzie siłami natury. Po prostu się boję powtórki z rozrywki, ponownego jeżdżenia od lekarza do lekarza przez rok czasu, aż się okaże, że niedotlenienie okołoporodowe nie wyrządziło żadnej szkody. I już nie czuję się gorsza z tego powodu. Wolę zejść z ambicji niż narazić dziecko na niebezpieczeństwo. A karmienie… będzie naturalne, a jak się okaże, że się nie da to też tragedii nie będzie. Mam zdrową, cudowną córkę, której niczego nie brakuje, mimo, że o zgrozo! Karmiona piersią tylko 6 tygodni, odchorowała swoje jak każde dziecko w stosownym wieku. Teraz nawet nie wiemy, co to antybiotyk. Uff.. długo wyszło, ale chciałam tylko podzielić się swoją historią aby udowodnić, że są rzeczy ważne i ważniejsze i trzeba się cieszyć z tego, że jest dobrze, a nie rozmyślać, że mogło być lepiej. Żeby inne nie były takie głupie jak ja i nie dały sobie wmówić, że są do bani. Chyba najbardziej zostają w pamięci te „słowa wsparcia” kiedy człowiek otumaniony strachem, bezsilnością, a stara się grać, że wszystko jest pięknie, bo przecież wszyscy mówili, że będzie pięknie. A nikt nie widzi, że potrzebujesz pomocy, nie fizycznej, nie „dobrych rad” ale wsparcia dobrym słowem, poklepania po plecach, otuchy i aby ktoś powiedział, że świetnie ci idzie. Przez to, pierwsze pół roku życia dziecka wspominam jak najgorszy koszmar. A przecież tak nie powinno być… Dlatego teraz po prostu będzie dobrze, nie idealnie tylko dobrze. ” 

Nie sprawisz, że życie młodej mamy będzie bajką. Ale możesz sprawić, żeby czuła, że jej przygoda z macierzynstwem nie jest koszmarem.

Wspieraj. Nie oceniaj.